Słów kilka

Zaginiona dziewczyna

David Fincher powraca na salony. Tym razem z mroczną, bezkompromisową i wciągającą adaptacją powieści Gillian Flynn.

Zaginiona dziewczyna

Gdy w 2008 roku światło dzienne ujrzał „Ciekawy przypadek Benjamina Buttona”, co niektórzy zwiastowali początek końca Davida Finchera. Film wprawdzie otrzymał wiele nagród (dla mnie osobiście niezrozumiałych), ale w niczym nie przypominał dotychczasowej twórczości reżysera. Pojawiły się opinie, jakoby Fincher tworząc grzeczną historię postanowił zerwać ze swoim autorskim stylem na rzecz poklasku Hollywood (być może po to, by w końcu dostać upragnionego Oscara – którego zresztą nie doczekał się do dziś). Zrealizowany dwa lata później „The Social Network” wprawdzie wciąż nie był filmem ani w połowie ometkowanym fincherowską niepokornością, ale za to z pozornie banalnej historii o powstaniu Facebooka udało się utkać dramat pełną gębą. W „Zaginionej dziewczynie” zdaje się, że modły najwierniejszych fanów „Fight Clubu” zostały wysłuchane i znów mamy starego dobrego Finchera, który ani myśli bawić się w polityczną poprawność i szokuje jak za dawnych lat. To akurat zawsze dobrze mu wychodziło.

Oczywiście nie jest aż tak słodko jakby można było to wywnioskować z poprzedniego akapitu. David Fincher, który źle się czuje kiedy musi nakręcić film krótszy niż 2 godziny, zdaje się sporo ryzykować w czasach, w których „szybko, mocno i efektownie” w opinii większości znaczy „dobrze”, a monopol na przegadane dialogi ma wyłącznie Tarantino… No dobra, przyznaję – to była aluzja do „Ciekawego przypadku…”, który spokojnie mógłby trwać o godzinę krócej i wiele by na tym nie stracił. W „Zaginionej dziewczynie” absolutnie nie jest to potrzebne. Fabularna intryga jest tu na tyle złożona, że bez problemu potrafi obdzielić cały ekranowy czas. Nie licząc zbyt pretensjonalnych, a chwilami wręcz sztucznych dialogów, film ogląda się naprawdę dobrze.

Już początkowe ujęcia utrzymane w posępnym tonie dają sygnał do tego w jakim charakterze opowiedziana zostanie historia. Ponury i przygnębiający klimat będzie towarzyszył nam nieprzerwanie przez kolejne niemal 2,5 godziny seansu, a najmroczniejsze zakamarki ludzkiej natury jak zwykle u Finchera zostaną dokładnie spenetrowane. Najbardziej chyba oberwie się współczesnym mediom za ich dwulicowość i manipulację. W „Siedem” albo „Zodiaku” metoda na szokowanie widza była prosta – mord i krew na ekranie. W „Zaginionej dziewczynie” odbywa się bardziej od wewnątrz, jest mniej dosłowna; nie licząc jednej jedynej sceny, która robi naprawdę spore wrażenie, przemocy właściwie tutaj nie uświadczymy.

Bohaterowie pozostawiają pewien niedosyt, zarówno ci z pierwszego planu, jak i z dalszych. Oczywiście trudno się do kogoś specjalnie przyczepić (każdy gra co najmniej poprawnie), ale to co u Finchera zazwyczaj było mocną stroną, w „Zaginionej dziewczynie” zdaje się schodzić na pobocze. Przede wszystkim brakuje wyrazistych postaci na miarę Johna Doe czy Marka Zuckerberga. Nie wspominając o drugim planie, z którego trudno kogokolwiek zapamiętać.

Na szczęście wszelkie niedociągnięcia tuszuje scenariusz. Przyznam, że dawno nie widziałem tak ciekawie skonstruowanej intrygi kryminalnej, która nakazuje bez zmrużenia powieki śledzić losy bohaterów. Niby wszystko zaczyna się klasycznie: dokonano włamania, kobieta znika bez śladu, a jej mąż staje się głównym podejrzanym. Pozory jednak często mylą i nie inaczej jest w najnowszym filmie Finchera. W takim układzie nawet wady – nieco drewniany Affleck i niezbyt przekonywujące zakończenie – nie będą aż tak bardzo przeszkadzać.

Posted in dramat, Recki, thriller | Tagged , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra