Słów kilka

Witkacy? Profanacja

Spektakl Maszy Boguckiej łączy w sobie Witkacego, komedię, mroczny surrealizm i tony dobrego aktorstwa. Odpuśćcie nowego "Spider-Mana", lećcie do teatrów!

Witkacy? Profanacja

Kto z was był w teatrze? Parę rąk w górze? Świetnie. A kto z was widział tam DOBRY spektakl? Ot tak, każdy wymieni dobry film, książkę, płytę, z którymi ostatnio się zetknął. A sztuka? Kojarzymy raczej adptacje lektur szkolnych, oczywiście tych najnudniejszych. I podczas oglądania nawet nie można niczego schrupać.

Do teatru chodzą głównie dzieciaki w ramach wyjazdów szkolnych, od czasu do czasu wybiorą się nasi rodzice lub dziadkowie, niewielka grupa regularnie uczęszczających miłośników. Przyczyna tak fatalnych statystyk? Przecież nie brak nam zdolnych aktorów, reżyserów, scenarzystów, choreografów… Jeśli chodzi o teatry utrzymywane z państwowej kiesy, powody wydają się być właśnie natury finansowej i/lub związane ze złym kierownictwem. Że kultura jest niedofinansowana w naszym kraju, to wiadomo od dawna i powszechnie. Ale kiedy w normalnych państwach teatry aktywizują się na przykład latem, u nas te miejsca się zamyka. Dlatego cieszą mnie niewielkie grupy, często występujące dla kilkunastu osób, takie jak Studio Saturator. Mają świeże spojrzenie, brak narzuconych konwenansów. Są to ludzie, którzy często muszą poświęcić wiele dla swojej miłości dla teatru, zwykle dzieląc to z czasem na pracę czy studia.

Na najnowszy spektakl Studia Saturator, „Witkacy? Profanacja” udałam się, nie wiedząc, czego się spodziewać. Lubię porąbane sztuki, a tytułowe odniesienie do jednego z ciekawszych polskich twórców groteski mogło spełnić moje zachcianki.

Ciężko opisać ją problemowo czy chronologicznie. Na pewno można podzielić spektakl na dwie części. Pierwszą, którą każdy z nas gdzieś już widział, czyli talk show, oraz mroczna, dzika, chichocząca i lubieżna część druga. To, że konstrukcja talk show jest dość popularna, nie oznacza, że jest zła. Był to moment złapania kontaktu z publicznością, zabawienia ich. Prosta zagrywka broni się dobrym wykonaniem. Cała grupa dała popis komediowych zdolności, szczególnie Katarzyna Żmuda, Anita Olszak i Michał Rodkiewicz.

Pod koniec okazuje się, że zastosowano kolejny znany element – tak naprawdę oglądaliśmy próbę jakiejś sztuki i teraz widzimy twórców za kulisami. Bohater grany przez Michała Surosza chce czegoś więcej, czegoś bardziej ambitnego. Twierdzi, że jest w posiadaniu zaginionej sztuki Witkacego. Próbuje przekonać do wypróbowania jej, a reszta ogarnia scenę. Znika kolorowa scenografia z talk show. Jest czarno, szaro i nagle robi się ciemno.

Doskonale z tym tłem kontrastuje bialutki ducha Witkacego z demoniczną twarzą (Damian Kwapisiewicz). Śpiewa, szepcze, kręci laską (nie tylko nią), zapoznaje publiczność z mroczniejszą, powyginaną, przepełnioną emocjami częścią. On jest spiritus movens. Chodzi, mąci, popycha, przesuwa, bawi się bohaterami. Można odnieść wrażenie, że robi ukłon w stronę publiczności, ale tak naprawdę robi to wszystko dla siebie.

Od tego momentu aktorzy są poprzebierani i umalowani w iście groteskowym stylu. Wszystko jest przesycone Witkacym: każdy ruch, słowo, motyw, rozmowa, podtekst. Ta część wypełniona jest mrocznymi pragnieniami i potrzebami ludzkiej duszy – erotyzmem, krwią i władzą. W pierwszej sekwencji, w bardzo mocnej scenie Michała Surosza i Katarzyny Żmudy duch Witkacego wprawia wszystko w ruch, budzi żądzę, tę artystyczną i fizyczną. W kolejnych scenach wszystko obraca się wokół tych potrzeb. Relacja Michała Rodkiewicza i Małgorzaty Zwolińskiej jest oparta na erotyzmie, natomiast wszyscy uczestniczą w walce płci.

Pierwsza część jest łatwa w odbiorze. Pamięta się postaci, ich problemy. Drugą trzeba poczuć i nie będę ukrywać, że jest trudna. Sama nie zrozumiałam pewnych partii, inne najprawdopodobniej przeinaczyłam, zapamiętałam może parę mocniejszych zdań, ale… Czy o coś innego mogło chodzić Witkacemu? Żyjemy w świecie, w którym narzuca się jak najściślejszą kontrolę nad jednostką. Należy znać jej potrzeby, spełniać te niegroźne, a potępiać te mogące doprowadzić do samowoli. Za złamanie zasad spotyka kara z ramienia prawa albo własnej grupki, w której żyjemy. Niektórym udaje się zdusić potrzeby. Inni rzeczywiście je spełniają, unikają kary lub nie. Jeszcze inni wyrażają je właśnie w sztuce. A ja to mogę oglądać, co też w jakimś stopniu chroni mnie przed więzieniem i społecznym potępieniem.

Dawno nie widziałam tak świetnej charakteryzacji – lepsza niż w niejednym państwowym teatrze. Dawno nie widziałam też tak mrocznych, przemyślanych, poszarpanych, oddających nastrój sztuki strojów. Z jednej strony pomagają oddać klimat sztuki, z drugiej ośmielają aktorów, którzy wcale nie kryją się za maskami. Gra świateł czy muzyka w pewnych momentach spełniają kluczową rolę i są bardzo dobrze skomponowane z samym spektaklem.

A wszystko opiera się na aktorach i reżyserce, Maszy Boguckiej. Paweł Bińkowski trzyma poziom przez całą sztukę. Potrafi być i ironicznym gospodarzem talk show jak i demonicznym przywódcą rodzaju męskiego. Katarzyna Żmuda w każdej scenie daje z siebie wszystko jako autorka spiskowych teorii czy katalizator artyzmu Michała Surosza. On sam ma niewyczerpane pokłady energii; ciężko wskazać głównego bohatera, ale on zdecydowanie wybija się na pierwszy plan. Michał Rodkiewicz świetnie sprawdza się w komediowej części. Anita Olszak zachwyca za każdym razem, kiedy się pojawi, podobnie jak Katarzyna Żmuda skacząc przez kilka humorów i nastrojów (co robi z mistrzowską zręcznością jak każda kobieta). W grze Małgorzaty Zwolińskiej widać pasję, razem z pozostałymi aktorkami świetnie się uzupełniają. Natomiast Damian Kwapisiewicz urodził się dla sceny. Nie ograniczają go prawa fizyki i moralności. Głos duch wywołuje gęsią skórkę, każdy ruch hipnotyzuje. Z jednej strony sztuka mogłaby istnieć bez niego, z drugiej – nie miałaby wtedy takiej magii.

Posted in Felietony | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra