Słów kilka

Urodzinowe podsumowanie 2014 roku

Ósme urodziny portalu to tradycyjnie doskonały powód do tego, by spojrzeć na miniony rok. 2014 był, w mojej opinii, zdecydowanie lepszy od 2013 - pozytywnych zaskoczeń znajdzie się całkiem sporo!

Urodzinowe podsumowanie 2014 roku

Drodzy Czytelnicy, siedem lat działalności Cinemacabry za nami. I choć myśleliśmy, że po 2013 roku – momencie, w którym przenieśliśmy się z bloga na serwer – już nic nie jest w stanie nas zaskoczyć. Tymczasem zeszły rok pod względem rewolucyjnych zmian sprawił, że na Cinemacabrze było zawirowań aż za dużo. Począwszy od zmiany naczelnego z ojca portalu, Pawlika, aż po odejście praktycznie każdej osoby w redakcji – 2014 miał dla nas wiele niespodzianek, a większość z nich wcale nie podpinało się pod kategorię striptizerki wyskakującej z tortu. Nie ma lekko, drodzy czytelnicy – ale chociaż wielu z nas musiało sobie odpuścić pisanie na rzecz studiów, zespołu czy kariery politycznej, nie spędzamy ósmych urodzin Cinemacabry w grobowych nastrojach. Bo i jest czym się pochwalić! Poza tym, że początek minionego roku zasypywał Was tekstami z regularnością godną najlepszych, to jeszcze zgarnęliśmy przy okazji paru dzielnych pismaków do pomocy – Magda, Paweł i Krzysiek zadomowili się na naszym portalu i mamy nadzieję, że nie chcą z niego uciekać. Czego więc możecie się spodziewać w tym roku? Ano, kilku nowych twarzy, które nieustannie próbujemy zwerbować, i… walki o to, by Cinemacabra nadal się rozwijała! Wszak rosnąca nieustannie liczba „lajkujących” na Facebooku to nie przypadek. Przynajmniej tak nam się wydaje.

A jak pod względem filmowym wyglądał rok 2014? Całkiem nie najgorzej, trzeba przyznać. Oczywiście, fakt, że najlepiej zarabiającą na świecie (Boże, dlaczego?!) produkcją został kolejny festyn eksplozji Michaela Baya, który – ze względu na to, że zawiera w sobie ścieżkę dźwiękową, obraz nagrany na taśmie oraz kilku miernych aktorów – technicznie rzecz biorąc musi zostać zakwalifikowany jako przedstawiciel X Muzy, to największa porażka nie tylko zeszłorocznej kinematografii, ale i ostateczny dowód na to, że ludzie mogą deewoluować. Rozumiem,gusta, guściki, ale na litość boską, to tytuł, któremu wytknięcie wszystkich wad zajęło kanałowi Cinema Sins dwa filmiki po dwadzieścia minut! Lepiej pod względem artystycznym wyglądały inne blockbustery: „Godzilla”, choć miała w sobie zdecydowanie za mało Waltera Whi-tfu, Bryana Cranstona, dała nam dwie godzinki niezłej, odmóżdżającej rozrywki, „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” była blisko superbohaterskiej wybitności (a przy okazji wymazała z dziejów beznadziejny „Ostatni bastion”!), zaś pierwsza połowa ostatniej części „Igrzysk śmierci” zachwycała mrocznym klimatem. Oczywiście tradycją od trzech lat stał się zawód na „Hobbicie” (recenzja na dniach) – trylogii, przez którą nie mówię już: „O nie, to ostatni film osadzony w Śródziemiu!”, a raczej „Uff, to już koniec z wycieraniem Tolkienem podłogi…”. Bardziej ambitnym sukcesem kasowym oraz artystycznym stało się kolejne dzieło wizjonerskiego Christophera Nolana; „Interstellar” może czasem potykało się o własne nogi w przeskakiwaniu z teorii naukowych do wykładów na temat uczuć i według mnie to jedna ze słabszych pozycji w dorobku tego reżysera… ale to nadal naprawdę świetny film.

Co jednak w temacie klasycznych blockbusterów zaskoczyło mnie najmocniej, to świetna forma Marvela. Nie płakałem ze szczęścia podczas oglądania „The Avengers”, oprócz „Iron Mana” żadna z poprzednich produkcji tego studia jakoś mnie nie zachwyciła – aż do tego roku uważałem się raczej za fana DC. A teraz? Może to dlatego, że „Pierwsze starcie” mnie rozczarowało i usadowiło Kapitana Amerykę na miejscu najmniej interesującego bohatera spośród Mścicieli, ale „Zimowy żołnierz” wymiótł! Powiem szczerze, że nie mogę się teraz doczekać na „Civil War”. Jednak nawet Kapitan musiał ustąpić przed tegorocznym marvelowskim opus magnum, czyli – niespodzianka! – „Strażnikami Galaktyki”. Niestety, przez wojaże po Europie ominąłem kinową premierę i zachęcony świetnymi recenzjami musiałem niecierpliwie czekać na DVD, ale gdy już się do filmu dorwałem – damn, son! To studio nigdy nie było absolutnie poważne w stosunku do swoich tytułów – praktycznie każdy seans zawierał w sobie sporo dowcipów czy easter-eggów – ale „Strażnicy…” byli ostatecznym pokazem tego, że Marvel ma jaja we właściwym miejscu. Superbohaterowie? Co tam, wrzućmy w główne role drzewo z głosem Vin Diesela oraz przemądrzałego szopa. Ostateczne starcie ze złoczyńcą? Cóż, bardziej pojedynek taneczny. Epicka ścieżka dźwiękowa? Owszem – ale tylko zdrowo wymieszana z popowymi hiciorami pokroju „Hooked On A Feeling” czy „Cherry Bomb”! „Strażnicy Galaktyki” to produkcja tak świeża, tak satysfakcjonująca i tak grzesznie przyjemna, że osobiście wymieniłbym trzy kolejne części „Avengersów” tylko po to, żeby zobaczyć znowu Petera Quilla i spółkę (na szczęście nie muszę, bo jeżeli Marvel ma drugie imię, to jest to „Sequel”).

Pod względem nieco bardziej ambitnych produkcji także było na co popatrzeć: weźmy pod lupę chociażby „Zaginioną dziewczynę”, jeden z najlepszych filmów w reżyserskim dorobku Davida Finchera (co powinno całkiem sporo mówić, biorąc pod uwagę fakt, że ten gość nakręcił „Fight Club” czy „Siedem”), produkcję, którą jakimś cudem ominąłem przy kinowej premierze. Kusząca gęstą jak kisiel atmosferą i okraszona dobrymi kreacjami aktorskimi intryga mogłaby spokojnie konkurować o miano najlepszego dreszczowca roku… oczywiście gdyby nie „Wolny strzelec” (recenzja na dniach!). To chyba najprzyjemniejsza niespodzianka 2014 – nie film, nie reżyser, nie serial, po prostu jeden aktor. Jake Gyllenhaal zwrócił moją uwagę już przy „Labiryncie”, a potwierdził niemały talent grając dwie role w nieco rozczarowującym „Wrogu”, ale to właśnie „Wolny strzelec” jest jego dotychczasowym opus vitae. Bałem się tego gościa przez kilkadziesiąt minut na sali opolskiego Heliosa, bałem się po przyjściu do domu, i jak już o tym wspominamy – nadal mam ciarki na wspomnienie jego przetłuszczonych włosów, wychudłej twarzy i pozbawionych emocji oczu. Rewelacja! Poza tym 2014 to przede wszystkim cudowny „Grand Budapest Hotel”, film, który o milimetry mija się z perfekcją. Gwiazdorska obsada, fantastyczny, nieco absurdalny scenariusz, wspaniała oprawa audiowizualna – o nowym dziele Wesa Andersona mogę się wyrażać tylko w superlatywach. Nieco zawiodły za to „Duże złe wilki”, thriller, który Quentin Tarantino nazwał najlepszą produkcją 2013 roku. Nie zrozumcie mnie źle, to świetny dreszczowiec, ale po rekomendacji gościa od „Pulp Fiction” spodziewałem się jednak nieco więcej. 2014 miałby znacznie lepszą opinię, gdyby nie fakt, że na Cinemacabrze rok zaczyna się dopiero 7 stycznia – tym samym genialny „Wilk z Wall Street” trafił już do zeszłorocznego podsumowania.

No właśnie – z „Wilkiem z Wall Street” kojarzą mi się trzy największe rozczarowania AD 2014, choć sam film uważam za najlepszą pozycję w dorobku Martina Scorsese’a od czasów „Chłopców z ferajny”. I chyba właśnie dlatego rwałem sobie włosy z głowy, gdy po wyjściu z kina zrozumiałem, że muszę czekać ponad dwanaście miesięcy na kolejną produkcję z Leonardo Di Caprio w roli głównej. Podobnie zresztą, jak to że nowy Scorsese zaplanowany jest dopiero na ten rok – szkoda, szkoda… Z tą dwójką łączy się za to najbardziej rozczarowujące wydarzenie, czyli oczywiście rozdanie Oscarów. Aż głupio oglądać Akademię, która jest tak pozbawiona charakteru, by nagradzać pierwszy lepszy film o niewolnictwie – „Zniewolony” to produkcja dobra, ale tak wyraźnie tworzona pod Oscary, że to aż niesmaczne. Przekaz jest prosty, klimaty wzniosłe, wszystko zaś zapomina się po 5 minutach od wyjścia z kina. Czy właśnie takim tytułom należy przyklejać łatkę „najlepszej produkcji roku”? Raczej wątpliwe. Smutne jest także fakt, że statuetka znów nie powędrowała do Di Caprio, który swoją rolą w „Wilku z Wall Street” przebił absolutnie wszystkich. Na szczęście zamiast do Di Caprio Oscar trafił do drugiego najlepszego kandydata, Matthew McConaughey’a – do tego bardziej miałem sentyment za doskonałego „Detektywa”, ale w „Witaj w klubie” też zachwycił.

A na co czekamy w 2015? Na pewno na następne filmy Scorsese’a (choć niestety trudno mi wierzyć w to, że na ekranach polskich kin zobaczymy w przeciągu najbliższych dwunastu miesięcy „Milczenie Boga”, a tym bardziej „Sinatrę”…), na „Mad Maxa”, który po absolutnie wystrzałowym i wystylizowanym do perfekcji zwiastunie wskoczył na topowe miejsca mojej listy najbardziej wyczekiwanych produkcji, na „Avengers: Czas Ultrona” – bo to Marvel w coraz lepszej formie, a trailer był doskonały… Moim cichym faworytem jest natomiast „Wada ukryta”, czyli „Inherent Vice” – komedia z Joaquinem Phoenixem, który po „Mistrzu” i „Ona” stał się dla mnie znakiem jakości w filmach. A że nie samym Phoenixem człowiek żyje, seans ubarwi nam kilka innych znajomych nazwisk, w tym Benicio Del Toro, Josh Brolin czy Owen Wilson. Brzmi super? Coż, prawdopodobnie nie tak super jak siódma część „Gwiezdnych wojen”. To z pewnością największe wydarzenie przyszłego roku, a zaprezentowany ostatnio zwiastun tylko podgrzał atmosferę – chociaż niekoniecznie w sposób, o jakim marzyliby twórcy… Tak czy siak, J.J. Abrams udowodnił, że warto mu zaufać: skoro dał radę zrobić ze „Star Treka” świetne kino nowej przygody, to co może wymyślić z uniwersum Lucasa? Już zacieramy ręce!

A przede wszystkim: optymistycznie patrzymy w przyszłość! Choć zmieniła się praktycznie cała redakcja (Patrycja, Pawlik i ja jesteśmy niezniszczalni!), jednak nadal funkcjonujemy i wcale nie zamierzamy składać broni. Tym bardziej, że mamy trochę świeżej krwi i czekamy na więcej. Zapału w Cinemacabrze nie brakuje – to możemy Wam obiecać. Pozostaje jedynie życzyć…

Filmowego Nowego Roku!

Posted in Wydarzenia | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra