Słów kilka

Szklana pułapka 5

Tragedii nie ma, krytycy i malkontenci jak zawsze przesadzają. Jest to, co prawda, zdecydowanie najsłabsza część sagi, a i kultowy tekst „yippie-kai-yay” pada tu tylko raz (i to totalnie z doopy), ale jak na swój wiek, Willis radzi sobie całkiem nieźle. Nic, tylko czekać na RED 2 :P

Szklana pułapka 5

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach, Dziedzictwo Bourne’a, Drużyna A, Miami Vice, Rocky Balboa, John Rambo, a nawet nasz rodzimy Hans Kloss: Stawka większa niż śmierć – jak widać, tęgie głowy (w znacznej mierze) z Hollywood postanowiły wykorzystać fakt, że „najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy” i zarobić krocie na naszym sentymencie. Przekonują nas o tym nie tylko wymienione powyżej tytuły, lecz równie zbliżające się do kin nowe Gwiezdne Wojny, Star Trek czy trzeci Pogromcy Duchów. Seria Szklana pułapka zyskała drugą młodość już sześć lat temu, a to za sprawą Lena Wisemana i jego Live Free or Die Hard, którego króciutką recenzję znaleźć można było swego czasu na naszym blogu. Podszedłem wówczas do niej na świeżo po maratonie oryginalnej trylogii z Johnem McClanem, i choć zdecydowanie najlepiej bawiłem się na epizodzie trzecim (Samuel L. Jackson rulez), „czwóreczka” chwyciła mnie za serce FENOMENALNYMI efektami specjalnymi, które robią wrażenie nawet poza IMAXowym ekranem. O ile dobrze pamiętam, zrealizowano je w dużej mierze bez udziału perfidnych komputerowych sztuczek, przez co wszelaką młóćkę oraz mnogie wybuchy oglądało się wyjątkowo przyjemnie i bez poczucia, że ktoś robi nas w bambuko. Syntetyczne Transformersy mogły McClane’owi buty czyścić, ot co.

Cokolwiek nie działoby się z marką Szklana pułapka, jednego możemy być pewni – sieczka oraz rozpierdolnik zawsze będą tam konkretne i nader przyjemne dla oka. A przyznam szczerze, że zarówno po lawinie krytyki, jaka spadła na jej najnowszą odsłonę, jak i po zaskakująco nijakich zwiastunach, moje oczekiwania znacząco opadły. Po cichu wciąż liczyłem, że twórcom uda się pobić rewelacyjną „czwóreczkę”, jednak gdy zobaczyłem nazwisko reżysera (John Moore) oraz scenarzysty (Skip Woods), wszystkie marzenia natychmiast się rozmyły. Bo co niby mogło powstać przy artystycznej kooperacji ludzi odpowiedzialnych za ekranizacje Maxa Payne’a oraz Hitmana, których sztampowość można by porównać z antydziełami Uwe Bolla? Przynajmniej mój ojczulek przejawiał nader wysokie zainteresowanie filmem i wiercił mi dziurę w brzuchu, żebym wyciągnął go do kina na piątą część jednej z jego ulubionych sensacyjnych serii (ach, nie ma to jak popcorn, orzeszki, piwko i piąta kopia pierwszej Szklanej pułapki na VHSie). Przełknąłem goryczkę, zagryzłem zęby i myk – znaleźliśmy się w kinie, pośród dziesiątek innych widzów, których sentyment wygrał walkę z logiką.

John McClane nie ma łatwego życia. Niby jest „zaledwie” nowojorskim gliniarzem, ale poziomem wyszkolenia i zacięciem do walki przywodzi na myśl hybrydę komandosa GROMu i poirytowanego, czelabińskiego chomika. Poza tym chyba jeszcze żaden glina nie powstrzymał tylu terrorystów, ratując świat (czyt. Amerykę) przed ich niecnymi knowaniami. Choć być może jest to związane z faktem, że większość kolegów z pracy Johna pilnuje porządku na kręgielniach, w razie niebezpieczeństwa obezwładniając podejrzanych marmoladą z pączków. Biedny McClane nie ma nawet czasu wyskoczyć z córką na maraton Zmierzchu, bowiem jego talent do urządzania demolki jest akurat potrzebny w gościnnej jak żaden inny kraj Rosji. Jak się okazuje, syn Johna pracuje w CIA i prowadzi akurat zawziętą walkę z tamtejszymi złamasami, szczującymi się nawzajem bronią nuklearną. Jack McClane ma raczej negatywne zdanie o wiecznie zapracowanym ojczulku, zatem nic dziwnego, że gdy dochodzi do ich pierwszego spotkania po latach, żaden z nich nie ma akurat ochoty na przytulaski i wymianę śliny na policzkach. Rosyjscy terroryści prujący do nich ołowiem również średnio wpisali się w familijną atmosferę. Cóż, to chyba właśnie ta sławetna gościnność…

Za oknem szaruga, na trawnikach resztki żółtego śniegu zmieszanego z błotem, a mróz na zewnątrz taki, że aż kusi, aby zamówić pizzę z drugiego końca miasta (no co, trzeba jakoś karmić swoje sadystyczne „ja”). Nic zatem dziwnego, że jednym z moich głównych zajęć w tym okresie roku jest nieprzytomne ślinienie się do poduszki (multiplayer mile widziany). Od zawsze powtarzałem sobie, że jeśli jakaś filmowa produkcja zadziała na zaspanego mnie niczym kubeł zimnej kawy – czy jakoś jak 😛 – automatycznie podnoszę jej ocenę o jedno oczko. I tak, Szklana pułapka 5 być może ma jeden z bzdurniejszych scenariuszy ostatnich miesięcy, ale jego wady są całkiem sprawnie zamaskowane przez stronę audiowizualną filmu, która sprawi, że nawet największemu malkontentowi zmięknie pała (czy raczej „zesztywnieje”). Najnowsze dzieło Moore’a jest całkiem udanym przerostem formy nad treścią, który poza wykorzystaniem sympatycznych bohaterów, serwujących momentami naprawdę zabawne dialogi, nie przejawia raczej większych ambicji. Ale jakby nie patrzeć, od artystycznych doznań mamy przecież Życie Pi, czy inne Bestie z południowych krain. Live Free or Die Hard to po prostu niezobowiązujące kino, idealne do wieczornego seansiku przy wyłączonym mózgu, który zgrzał się w ciągu ciężkiego tygodnia pracy (bądź opierdzielania się). I z takim – i tylko takim – podejściem, można wyjść z seansu wynosząc szerokiego banana na ryjku.


ZONK

Posted in Recki, sensacyjny | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra