Słów kilka

Sin City 2: Damulka warta grzechu

Gdyby Rodriguez włożył w scenariusz nowego "Sin City" choć połowę tego czasu, jaki przeznaczył na obłędną stylistykę, "Damulka warta grzechu" dużo by zyskała.

Sin City 2: Damulka warta grzechu

Dzień był jeszcze jasny, kiedy wkładałem swoją najlepszą koszulę, przygotowując się do tego, co miało dziś nastąpić. Słońce świeciło tak, jakby chciało wypalić oczy każdemu żyjącemu stworzeniu i szczerze mówiąc nie wątpiłem, że to właśnie było jego intencją. Spojrzałem w lustro i zobaczyłem tą samą, nieogoloną twarz człowieka, którego powinienem znać jak własną kieszeń. „Dlaczego to robię? Dlaczego idę na kontynuację lubianego przeze mnie filmu wiedząc, że jedyne, co spotka mnie w ciemnej, kinowej sali to rozczarowanie? Dlaczego…”. Pytania tkwiły mi w gardle niczym wciśnięty tam siłą kamień. Szykowałem się na wykonanie dzisiejszego zlecenia już od pewnego czasu, ale wiedziałem, że nie mogę być pewien, że w oszklonym budynku opolskiego Heliosa czeka mnie wyzwolenie. Średnia recenzji nie zachęcała. „Niech to szlag”, zakląłem, „ktoś na Cinemacabrze musi odwalać brudną robotę”. Włożyłem papierosa do ust* i wyszedłem na spotkanie z palącymi promieniami słońca.

Wybaczcie ten wstęp, ale to najprostszy sposób na to, by wytłumaczyć Wam, w jaki sposób rozpisane zostały dialogi do „Sin City: Damulka warta grzechu”. Nie mam nic przeciwko kinu noir – ba, jedna z moich ulubionych growych serii wszech czasów (mowa tu o „Max Paynie”) czerpie z tego klimatu garściami i nie popada w śmieszność. Pierwsza część filmu na podstawie komiksu Franka Millera także ładnie się przed tym wybroniła. Niestety, w „Damulce wartej grzechu” ta atmosfera noir pcha się do oczu, uszu i mózgu z taką nachalnością, że po pół godzinie ma się dosyć. Dialogi są sztuczne do potęgi, a wszechobecna i arcypoważna narracja – jeden z często wyśmiewanych elementów „Miasta grzechu” – tutaj dorywa się do każdej, nawet najmniej ważnej sytuacji. To z kolei sprawia, że każda z historii jest niebotycznie rozdmuchana.

W „Damulce wartej grzechu” oglądamy trzy opowieści, łączące się ze sobą miejscem akcji oraz przewijającymi się postaciami. Na pierwszy plan szybko wychodzi jednak ta tytułowa, z Joshem Brolinem oraz Evą Green w rolach głównych. Francuska aktorka to ozdoba całej historii – jeżeli czegokolwiek brakowało „Sin City”, by stać się filmem noir pełną gębą, to była to postać femme fatale. Demoniczna Ava Lord idealnie to puste miejsce wypełnia, owijając sobie kolejnych mężczyzn wokół palca. A i popatrzeć przyjemnie – bo Eva Green nie byłaby Evą Green, gdyby nie zaprezentowała publiczności swoich wdzięków. Szkoda tylko, że reszta nie dorasta jej do pasa: Brolin w roli Dwighta nie umywa się do Clive’a Owena, a sama fabuła jest bardzo przewidywalna. Trochę szkoda, że nie dano więcej czasu Josephowi Gordonowi-Levittowi – sceny gry w pokera między nim a senatorem Roarkiem są ozdobą całego seansu. Zamiast niego pojawia się jednak Mickey Rourke, który jako Marv znowu kradnie dla siebie większość show i najlepsze cytaty.

Ogólnie jednak postaci są tak nierówne, jak cała historia – Rourke, Gordon-Levitt, Green czy Powers Boothe jako senator Roark to zdecydowane plusy, ale już Brolin, Jessica Alba czy Bruce Willis wcale nie spisują się na medal. Ten ostatni według mnie nie powinien się nawet znaleźć na planie, bo jego wpływ na fabułę jest praktycznie żaden.

Nowe „Sin City” tradycyjnie nadrabia za to swoją oprawą audiowizualną. Robert Rodriguez do spółki z Frankiem Millerem dokonali niemożliwego: „Damulka warta grzechu” przypomina komiks jeszcze bardziej, niż „Miasto grzechu”. I po raz kolejny ta stylistyka potrafi powalić na kolana. Skąpanie wszystkiego w czarno-białych kolorach, zabawa cieniami, animacją, wyróżnianie niektórych elementów kolorami – ten film ogląda się z nieustającym podziwem dla ludzi, którzy zajmowali się montażem. Za nimi próbują nadążyć dźwiękowcy, dzięki czemu nowe „Sin City” brzmi prawie tak dobrze, jak wygląda – ścieżka dźwiękowa to kawał naprawdę klimatycznej muzyki. Cała ta otoczka oczywiście o wiele lepiej sprawdziłaby się przy nieco lepszym scenariuszu… ale popatrzeć tak czy siak nie zaszkodzi.

Ogólnie „Damulka warta grzechu” nie rozczarowuje, jeżeli nie pójdziemy na seans ze zbyt wielkimi oczekiwaniami. Trzeba przecierpieć braki w fabule oraz dialogach, trzeba przeżyć słabą historię z Nancy (w którą ponownie wciela się Jessica Alba), trzeba tolerować obsadę, która ma chwile słabości. Jeżeli to zadanie nam się uda, nowe „Sin City” ogląda się naprawdę nieźle, tym bardziej gdy do głosu dochodzi Rourke, Gordon-Levitt czy Boothe. Do poziomu pierwszej części trochę brakuje (chociaż wizualnie zachwyca nawet bardziej!), ale z drugiej strony… widzieliśmy już o wiele, wiele gorsze kontynuacje.

*filmy noir dowodzą, że niepalący ludzie nie istnieją.

Posted in kryminał, Recki, thriller | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra