Słów kilka

Seria X-Men

"Przeszłość, która nadejdzie" nadchodzi. A ponieważ wygląda na to, że to być może najlepszy blockbuster tego roku, warto przypomnieć sobie inne filmy z serii "X-Men" - nieco słabsze, ale też dające sporo dobrej zabawy.

Seria X-Men

Gdy w styczniu wraz z całą resztą redakcji tworzyłem wielkie podsumowanie roku 2013, mój dział „Najbardziej oczekiwane w 2014” liczył sobie dziesięć propozycji. Jedne okazały się być świetne („Ona”, „Duże złe wilki”), inne… nieco mniej świetne (wrzuciłem „Pompeje” będąc mocno pijanym. Przynajmniej wolę tak myśleć) – ale żaden z nich nie zawierał w sobie słowa „X-Men”, „przyszłość” czy „nadejdzie”. Może to dlatego, że z produkcji o superbohaterach trawiłem dotychczas właściwie tylko te o Batmanie i nigdy nie rozumiałem zachwytów nad „Avengers”, najnowszego dzieła Bryana Singera nawet nie brałem pod uwagę przy tworzeniu tego zestawienia. Musiało minąć trochę czasu… Nie, właściwie to wcale nie. Musiało minąć 137 sekund, czyli długość jednego zwiastuna do „Days of Future Past”. Tego, który znajdziecie pod tym akapitem.

Przekozacki, prawda? Epickość bije z każdego ujęcia. Muzyka, akcja, patos w hurtowych ilościach – zostałem kupiony natychmiastowo, a datę 23 maja oznaczyłem sobie w kalendarzu serduszkami. Kolejne wyświetlenia na YouTube wyciągnęły mi z życiorysu co najmniej kilka godzin, które mógłbym spożytkować w znacznie bardziej produktywny sposób, ale nie żałuję – to zdecydowanie jeden z najlepszych zwiastunów tego roku, w jednym rzędzie z niedawno zaprezentowanym „Interstellar” oraz „Locke”. Trailer był zresztą tak doskonały, że zmusił mnie do obejrzenia wszystkich filmów z „X-Men” w tytule – raz z lepszymi, raz z gorszymi skutkami. W końcu nie mógłbym przyjść na premierę „Przeszłości, która nadejdzie”, nie znając pozostałych tytułów z serii. Ale w razie, gdyby ktoś z Was nie był aż tak zaangażowany jak ja – krótkie przypomnienie, jakiej jakości były inne dzieła z tej serii Marvela. Aha, nie ma tu dwóch filmów o Wolverinie, bo w nich akurat X-Menów zabrakło. A nawet gdyby nie zabrakło – musielibyście nie mieć serca, żeby zmuszać kogokolwiek, by przypominał sobie te dwa tytuły.

X-MEN

Cykl zaczął się z przytupem: otwierająca sekwencja, w której Erik Lensherr – późniejszy Magneto – odkrywa przed nami swoje moce manipulowania metalem nie zestarzała się ani trochę i nadal stanowi idealny wstęp do pierwszego rozdziału tej historii. Później tempo nieco siada, a i od strony wizualnej obchodząca w lipcu swe czternaste urodziny produkcja nie robi już zbytniego wrażenia. To jednak nadal kawał solidnej rozrywki, którą zapewniają przede wszystkim dwie postaci: Wolverine oraz Magneto. W tego pierwszego wcielił się Hugh Jackman i chyba nikt już nie wyobraża sobie innego aktora jako Logana. Niezniszczalny mutant o wyczulonych zmysłach i nadludzkiej sile, umiejętnie korzystający ze swoich wysuwających się szponów to postać tak charyzmatyczna, że doczekała się dwóch poświęconych tylko sobie tytułów (oba odebrane co najwyżej chłodno), a jej kilkusekundowy występ w późniejszej „Pierwszej klasie” sprawił, że chyba po raz pierwszy w historii kanału CinemaSins na YouTube odjęto jeden z filmowych grzechów. Ten drugi, odegrany z niezwykłym kunsztem przez Iana McKellena, to jeden z tych czarnych bohaterów, których nie da się nie lubić. Choć jego przeciwnik i dawny przyjaciel, Profesor X, to także ciekawy charakter, w porównaniu z Magneto wypada dość bezpłciowo. Z bardziej interesujących mutantów jest jeszcze Mystique, potrafiąca przejąć wygląd dowolnej osoby… i to właściwie wszystko. Jean Grey, w dalszej części serii kluczowa dla fabuły, została tu zniwelowana do roli sympatii Wolverine’a, Storm i Cyklop to chyba najmniej intrygujący X-Meni w historii, Rogue też jakoś nie budzi znaczniejszych uczuć… A po drugiej stronie barykady? Toad i Sabretooth, obaj olani przez scenarzystów w naprawdę spektakularny sposób. Ta bolączka będzie się przewijać także przez kolejne części serii: mutantów przez ekran zawsze przewija się mnóstwo, ale porządnie rozpisanych jest jak na lekarstwo. Stąd też pierwsza odsłona zasługuje tylko na nieco ponad „szóstkę”.

X-MEN 2

Okej, jeśli w poprzednim akapicie zachwycałem się nad otwierającą sekwencją z pierwszej części, to druga już zupełnie miażdży. Mroczny Nightcrawler, w imponującym stylu czyszczący Biały Dom z kolejnych fal ochroniarzy amerykańskiego prezydenta, od samego początku wygląda na rewelacyjnego głównego złoczyńcę: wygląda jak wcielony diabeł, jest zwinny, silny i potrafi się teleportować. Pewnym rozczarowaniem jest więc fakt, że tak naprawdę to równy gość, szczerze wierzący w możliwość pojednania ludzi i mutantów. Wkrótce Nightcrawler dołącza do drużyny Profesora X, by zapobiec diabolicznym planom generała Williama Strykera, chcącego zniszczyć wszystkich, którzy już wyrośli z bycia homo sapiens. W fabule nie mogło też zabraknąć miejsca dla Magneto oraz ulubieńca widowni, czyli Wolverine’a, który po raz kolejny kradnie większość scen. Druga odsłona marvelowskiej serii ma o wiele więcej świetnych momentów i mnóstwo doskonale zrobionej akcji. Jest przy tym znacznie mroczniejsza od poprzedniczki, co wychodzi klimatowi serii zdecydowanie na dobre. Kładzie też solidne fundamenty pod wydarzenia z „Ostatniego bastionu” (historia rosnącej w potęgę Jean Grey), które to fundamenty Brett Rattner tak czy siak burzy. O sile produkcji znowu decydują pojedyncze postaci: tradycyjnie już szczególnie interesujący jest Wolverine, Magneto, Mystique, Profesor X, a do stałego składu postaci, o które się troszczymy, dołącza rewelacyjnie wykreowany Nightcrawler (to, że nie ma go w następnych częściach, to skandal na skalę światową) oraz Jean Grey, uwolniona z bycia wyłącznie składową częścią miłosnego trójkąta. Reszta tradycyjnie pojawia się jako wypełniacze, ale nawet aż tak to nie przeszkadza – głównie ze względu na widowiskowość i poziom wykonania pozostałych elementów. „X-Men 2” jest bowiem często uznawany za najlepszy film serii i choć ja osobiście przychylam się do zdania, że ten tytuł należy się „Pierwszej klasie”, to „dwójka” przegrywa tylko jednym aspektem: niemiłosiernie wydłużoną, niemiłosiernie łzawą i niemiłosiernie nudną końcówką, która, jak pokazują pierwsze minuty „Ostatniego bastionu”, nie miała prawa bytu.

X-MEN: OSTATNI BASTION

Przysłowie mawia: „do trzech razy sztuka”, ale w kinematografii działa ono ze zmiennym szczęściem. W „Parku Jurajskim” to właśnie w trzeciej części czuć było już przesyt materiałem; „Ojciec Chrzestny 3” wyraźnie odstaje poziomem od dwóch poprzedników. I choć serii „X-Men” do klasyków Spielberga i Coppoli sporo brakuje, to dzieli z nimi tą właśnie bolączkę: „Ostatni bastion” to zdecydowanie najsłabsza odsłona cyklu i najprawdopodobniej pozostanie nią także po premierze „Przeszłości, która nadejdzie”. Nie dlatego, że brakuje jej rozmachu – sporo tutaj rozwałki na naprawdę niezłą skalę, a końcówka wgniata w fotel. Nie dlatego, że postaci, które wcześniej nadawały rytm się wypaliły – Wolverine i Magneto to nadal pierwszorzędni bohaterowie. I nawet nie dlatego, że reżyser poświęca zdecydowanie zbyt wiele czasu średnio interesującemu trójkątowi miłosnemu. Głównym grzechem tej produkcji jest to, w jaki sposób Brett Ratner szasta kolejnymi mutantami. Zalewa nas falą nowych charakterów, spośród których w porządku jest w sumie tylko Bestia. Reszta to ledwie zarysowane postaci o mało przekonujących mocach. Angel? Juggernaut? Gość z kolcami wystającymi z twarzy? Facet z drewnianymi kołkami wyrastającymi z ramion? Rozumiem, że ludzie z Marvela, którzy musieli wymyślić kilkaset komiksów, mogli mieć gorszy dzień co do wymyślania kolejnych bohaterów. Ale w filmie nie trzeba było korzystać ze wszystkich jak leci! Tym bardziej, że Ratner pozbywa się mutantów w równie beztroski sposób. Świetnego w „dwójce” Nightcrawlera nie uświadczycie. Cyklop ginie tak szybko i w tak beznadziejny sposób, że niegłupią wydaje się być teoria, jakoby James Marsden został tak potraktowany w ramach zemsty za zaangażowanie w konkurencyjne „Superman Powraca”. Mystique? Jest na solidne kilka minut. A z nowymi postaciami trudno się zżyć, bo po raz kolejny całą uwagę pochłania swoją charyzmą duet Jackman-McKellen. Do tego bardzo dużą rolę odgrywa Famke Janssen i też daje sobie radę. Ale ogólne wrażenia? Średniak.

X-MEN: PIERWSZA KLASA

O ile część trzecia z pewnością nie była ostatnim bastionem dobrej kinematografii, to czwarta okazała się być produkcją pierwszej klasy. A odpuszczając sobie głupawe gierki słowne: to zdecydowanie najlepsza odsłona serii i jestem gotów bronić tego stwierdzenia przed całą armią Magneto. Wymiana całej obsady wyszła cyklowi na dobre, bo świeża krew radzi sobie rewelacyjnie. Nic zresztą dziwnego, bo reżyser Matthew Vaughn nie wziął pierwszych lepszych nazwisk, a najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia. Jest tu James McAvoy, powszechnie uwielbiana Jennifer Lawrence (choć tutaj akurat daleko jej do poziomu prezentowanego w „Poradniku pozytywnego myślenia” czy „American Hustle”…), Nicholas Hault… Wszystkich ich prześciga jednak odświeżona wersja Magneto, odgrywana z powalającym kunsztem przez Michaela Fassbendera. Ponieważ w „Pierwszej klasie” porzucono postać Wolverine’a (poza rewelacyjną sceną), Niemiec samotnie gra pierwsze skrzypce. Czwarta część serii równie dobrze mogłaby się nazywać „X-Men Geneza: Magneto”, bo żadna z postaci nie jest tak rozbudowana i tak tragiczna. Poza tym cyklowi dobrze wyszło osadzenie akcji na tle realnego konfliktu (kryzys kubański). I chociaż sporo tutaj mutantów o dość kretyńskich mocach (Banshee? Havok? Angel? Tymczasem Gambita nadal nie ma…), to ci wiodący prym dają radę udźwignąć ciężar produkcji na swoich barkach. Można się co prawda przyczepić do tego, że kilka wątków niezbyt sprawnie łączy się z późniejszymi epizodami, ale wygląda na to, że „Przeszłość, która nadejdzie” postara się je ładnie powyjaśniać. Ponadto „Pierwsza klasa” po wciągającym, rewelacyjnym początku spuszcza w pewnym momencie z tonu i dopiero w końcówce znowu przyśpiesza. Stąd też ostateczne wrażenie jest niestety tylko dobre – a szkoda, bo w pewnym momencie byłem już pewien, że to murowany kandydat na co najmniej „ósemkę”. Niestety, oczko niżej plus dodatkowe karne punkty za genezę przydomków poszczególnych mutantów. Magneto czy Profesor X to tak fajne ksywki, że aż szkoda wierzyć, by miały zostać wymyślone podczas imprezy studentów.

Posted in Felietony | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra