Słów kilka

Mandarynki

Przejmujący, a zarazem lekki. Poważny, a jednocześnie zabawny. Film o wojnie, który w zasadzie nie jest wojenny... Czyli wszystko jasne.

Mandarynki

Wojna w Abchazji uważana za najpoważniejszy konflikt wewnętrzny w niepodległej Gruzji pociągnęła za sobą śmierć wielu niewinnych osób, w tym ludności cywilnej. W chwili gdy wojska gruzińskie wkroczyły na ziemię walczącej o autonomię Abchazji, stało się jasne, że neutralni Estończycy zamieszkujący okoliczne tereny zostaną zmuszeni do opuszczenia kraju. Pozostali tylko nieliczni, ludzie starszej daty, do końca nie potrafiący zaakceptować takiego stanu rzeczy. W przypadku, których zdrowy rozsądek przegrywa z poczuciem przywiązania i wciąż żyjących w sercu wspomnień.

Jedną z takich osób jest Ivo. W małej abchaskiej wiosce zdążył pochować żonę i syna. Na półce wciąż trzyma zdjęcie swojej wnuczki, która dawno temu wyjechała do Estonii. Z zawodu jest stolarzem i na co dzień wytwarza drewniane skrzynki. Mieszkający po drugiej stronie, jego przyjaciel Margus, wypełnia je mandarynkami ze swojego sadu i sprzedaje owoce okolicznym żołnierzom. Interes kwitnie podobnie jak narastająca wokół wojna, która pewnego dnia zapuka do domu samego Ivo, w osobach dwóch rannych żołnierzy walczących po przeciwnych stronach: czeczeńskiego najemnika Ahmeda i Gruzina Niki.

Zaza Urushadze na szczęście nie poucza nikogo, nie szuka też winowajców powstałego konfliktu, a ocenianie pozostawia innym. W jego filmie wszyscy bohaterowie są sobie równi, bez względu na narodowość i przekonania. Jego „Mandarynki” opowiadają o głupocie wojny, ale ich środkiem wyrazu nie jest śmierć na ekranie, a zwykły dialog. Wojna to zaledwie tło dla opowieści o relacjach międzyludzkich. Dlatego nie uświadczymy w tym dramacie licznych wybuchów i strzelanin. Akcję można zmieścić tutaj w pięciu, może dziesięciu minutach filmu. Reszta to sceny w domu Ivo i jego okolicach, opierające się głównie na rozmowach bohaterów. W tych z kolei znaleźć można sporo słownego humoru, który jest pierwszym elementem nadającym historii pozytywnego wydźwięku. Ahmed nie może zabić Niki w domu Ivo, bo wcześniej przyrzekł to właścicielowi. Dlatego Gruzin niespecjalnie będzie kwapił się do wyjścia na zewnątrz. Absurdalność tej sytuacji nie wywołuje politowania, lecz ujmuje potęgą lojalności.Urushadze jednak ani przez chwilę nie dopuszcza by jego historia straciła na powadze. Choć w wielu momentach utrzymana w lżejszym tonie, nie pozwala zapomnieć o krwi i cierpieniu, których na ekranie wprawdzie za wiele nie widać, ale obecnych gdzieś w podświadomości widza. Znalezienie wspólnego mianownika pomiędzy tymi dwoma aspektami to klucz do sukcesu całego filmu.



Mistrzowska ścieżka dźwiękowa autorstwa Niaz Diasamidze podkreśla melancholię wydarzeń.
Chwilami uderza w czułe punkty naszej psychiki, ale reżyser wystrzega się jak ognia patetycznych uniesień. Dystansuje opowieść, to niezobowiązującym dialogiem, to nutą ironii. „Mandarynki” to żaden tam podniosły moralitet, a zwykła historia o ludziach. Bardzo prosta, a zarazem istotna w swoim przekazie.

Opowieść Urushadze krzepi swoją ideą. Jest jak światełko w ciemnym tunelu, którym w tym przypadku jest wojna. Jednak w moim przekonaniu jej wymiar ma o wiele większy zasięg. Teoretycznie dotyka wojny zakończonej ponad 20 lat temu, ale w praktyce pozostaje bardzo aktualna. Daje nadzieję, że gdzieś jeszcze może istnieć świat, w którym nie ma podziałów. Że są ludzie z zasadami, dla których obietnica to coś więcej niż pusty frazes. W jednej ze scen Ivo mówi, że „kino to jedno wielkie oszustwo”, jakby reżyser chciał dać do zrozumienia widzowi, że „Mandarynki” mijają się z prawdą. Że jego historia jest zbyt pacyfistyczna, by kiedykolwiek mogła się wydarzyć. Być może jest w tym trochę prawdy, ale z drugiej strony jeśli oczekujemy od kina zapomnienia i otrzymujemy je w tak subtelny i nie nachalny sposób jak tutaj, to myślę że jest to jak najbardziej korzystny układ.

Bohaterowie filmu to w gruncie rzeczy dobrzy ludzie. Nika i Ahmed choć niosący na swoich barkach piętno wojny, są bardziej ofiarami konfliktu niż jego pełnoprawnymi członkami. Ten pierwszy to z zawodu aktor, człowiek sztuki, który w chwili wybuchu wojny złapał za karabin i ruszył na front. Siedzący po przeciwległej stronie stołu jego wróg (a może już przyjaciel?) to czeczeński najemnik, który pojechał na wojnę dla pieniędzy. Z samym konfliktem gruzińsko-abchaskim, którego korzenie sięgają bagatela aż II połowy XIX wieku, za wiele wspólnego nie ma. Zanim dostanie od swojego nowego towarzysza filiżanką gorącej herbaty, wspomni o rodzinie dla której tu przyjechał. Najbliższych, którzy gdzieś tam czekają i martwią się o niego. Nie bez wzajemności. Może najwyższa pora odpuścić?

Posted in dramat, Recki, wojenny | Tagged , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra