Słów kilka

Król Lear

Może i wielu z nas było z Szekspirem na bakier w liceum, ale gdy ktoś zabiera się za takie dzieło, jak "Król Lear", warto przełamać dawną niechęć i wybrać się do teatru.

Król Lear

W poprzednim felietonie zachwycałam się nad niewielkimi grupami aktorskimi. Tym razem postanowiłam zajrzeć na wielką scenę. Okazja nie byle jaka: „Król Lear” z Andrzejem Sewerynem w roli tytułowej. Połączenie Shakespeare’a z wielkim polskim aktorem i instytucją, która od zawsze stoi na wysokim poziomie – Teatrem Polskim – obiecywało wielkie doznania artystyczne.

Jacques Lassalle, reżyser „Króla Leara”m ma ugruntowaną pozycję w polskim środowisku teatrologicznym. Od wielu lat zna się z Andrzejem Swerynem i wspólnie zrobili kilka spektakli, głównie adaptacji klasyków, takich jak „Don Juan”, „Mizantrop” czy „Szkoła żon”. Po sztukach Moliera, w którego postacie chce się wcielić każdy aktor komediowy, zabrali się za Shakespeara, który jest marzeniem aktora tragicznego. To, że Seweryn będzie genialny w tej roli, wiadomo było od początku. Sztuka okazała się dopracowana też pod prawie każdym innym względem.

Pierwsza rzecz, rzucająca się w oczy: bardzo skromna dekoracja. W pierwszej scenie widzimy tylko mapę wysp brytyjskich i tron króla. Ten minimalizm będzie utrzymywać się do końca sztuki. Początek historii zna każdy, kto nawet sztuki nie czytał: podstarzały, trochę już też paranoiczny król Lear dzieli ziemie między swoje trzy córki wedle miłości, którą po kolei wyrażają. Dwie starsze, Goneryla (Marta Kurzak) i Regana (Anna Cieślak) słodzą ojczulkowi i dostają spore terytoria. Najmłodsza, Kordelia (Lidia Sadowa), która jako jedyna przez całe życie kochała ojca szczerze, odmawia wyznania mu uczucia w sposób tak obłudny, jak siostry. Ten ją wydziedzicza i wzywa księcia Burgundii (Piotr Bajtlik) i króla Francji (Maksymilian Rogacki). Księciu Burgundii obiecał Kordelię, ale teraz, gdy ta nie ma posagu, liczy na to, że książę sam wycofa się z propozycji, co też czyni. Kordelia jednak urzeka króla Francji (więc koniec końców, wyszła na tym lepiej, nie dość, że mąż faktyczny potężniejszy, to i przystojniejszy od tego niedoszłego). Starsze siostry już wcześniej zostały wydane za mąż. Goneryla za księcia Szkocji (Piotr Ciołkosz), a Regana za księcia Kornwalii (Marcin Kwaśny). Lear rozdysponowuje między nie większość władzy, sobie zostawia tylko 100 rycerzy. Siostry jednak są zachłanne i próbują pozbawić ojca reszty wpływów.

Fabuła jest wielowątkowa i skomplikowana, a nie ma postaci, które nie są ważne. Jednym z kół napędzających historię jest Edmund (fantastyczny Krzysztof Kwatkowski), nieślubny syn hrabiego Gloucester (Jerzy Szejbal). Próbuje odsunąć od ojca pierwszego w kolejce do władzy swojego przyrodniego brata Edgara (Krystian Modzelewski). Edmund wykorzystuje to, że choć hrabia Gloucester jest poddanym księcia Kornwalii, za władcę uważa ciągle Leara. Pozbywszy się brata i ojca, szybko zaskarbia uczucia obu sióstr. Przy samym Learze pozostają tylko dwaj wierni towarzysze: hrabia Kent (Piotr Cyrwus) i błazen (bezbłędny Jarosław Gajewski). Z postaci, które swoimi krótkimi wtrętami robią zamieszanie, warto jeszcze nadmienić doradcę Goneryli, Oswalda (Szymon Kuśmider).

Jak widać w powyższych akapitach, postaci jest sporo i są to głównie duże role. Z tych „ważniejszych” najmniej poruszające są siostry. Kordelia w ogóle nie zapada w pamięć, Regana jest zrobiona na Lady Makbet z gorętszą macicą, a Goneryla jest poprawna – chłodna i wyrachowana. Mężowie też są miałcy – propsy dla całej trójki za dobre zarosty, królowi Francji i księciu Kornwalii za niskie głosy i samemu księciu za najbardziej przejmującą grę. Hrabiego Kent ciężko od razu zidentyfikować z odtwórcą słynnej roli, gra w porządku, ale niczego nie ukrywa, podobnie jak Edgar. Za to jest parę kreacji, przez które ma się ciarki. Przede wszystkim Edmund – kiedy tylko wchodzi na scenę, zawłaszcza ją, jego dialog z początku mógłby się ciągnąć w nieskończoność, a każda sekunda byłaby fanscynująca (na moje odczucia wcale nie wpływa samcza, władcza postawa samego aktora…). Przegenialny bałzen, czyli Jarosław Gajewski, spełnił każde wyobrażenie o średniowiecznym żartownisiu – irytujący, wytykający wady, z życiowymi, zabawnymi przyśpiewkami. Hrabia Gloucester nie dał całej energii, ale sam Jerzy Szejbal jest aktorem, na którego dobrze się patrzy i go słucha. I jeszcze Oswald, mącący wodę rzadko, ale skutecznie, jest jednocześnie nieznośny, a jednak jego spryt sprawia, że postać intryguje.

Andrzej Seweryn wspiął się na wyżyny. Po obejrzeniu tego spektaklu nie ma się już innego wyobrażenia króla Leara. Doskonale prezentuje wszystkie stany emocjonalne, w które popadał tytułowy bohater, budzi współczucie, by w innej scenie odrzucać od siebie. Zasłużenie otrzymał oklaski na stojąco.

Ciemny wystrój, minimalistyczna dekoracja i dobra oprawa muzyczna nadrabiają pewne niedobory w strojach (szczególnie tych z klasy wyższej). Sceny z użyciem ostrych narzędzi oczywiście trzeba było załgodzić, ale scena pojedynku Edgara z Edmundem naprawdę kipiała od emocji. Mężczyźni tak powinni załatwiać problemy.

Spektakl trwa 3 godziny i 40 minut. Trudno ocenić, czy to za długo. Choć normą są sztuki średnio o połowę krótsze, to dopracowanie „Króla Leara” powinno zaskrabić wybaczenie za dłużyznę. Rozumiem, że chciano oddać jak najwięcej z orginału, ale niektóre sceny naprawdę można było skrócić.

Jeśli jest ktoś w Warszawie albo ma możliwość przyjazdu, naprawdę warto pójść. Szczególnie, że bilet studencki tylko 25 złotych! To naprawdę niewiele, by zobaczyć tak profesjonalnie zrobioną sztukę, obcować z klasyką, popisem zdolności aktorskich na najwyższym poziomie, zobaczyć parę dobrych męskich ciał (dobra, kobiecych też), przeżyć chwile trwogi i śmiechu, a przede wszystkim popatrzeć na geniusz Andrzeja Seweryna.

Posted in Felietony | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra