Słów kilka

Klub Jimmy’ego

Jeżeli jesteście przesyceni oscarowymi produkcjami, "Klub Jimmy'ego" jest dla Was. Kameralna produkcja, której siłą napędową są nie głośne nazwiska, a żywe emocje oraz zaangażowanie twórców.

Klub Jimmy’ego

„Klub Jimmy’ego” jest filmem, który trafił do mnie trochę przez przypadek – nie było to coś, co chciałam od dawna pooglądać, a na pewno nie spodziewałam się, że będzie to produkcja, do której tak chętnie wrócę. Chociaż lubię kino o Irlandczykach (szczególnie takie, gdzie Anglicy są ciemiężycielami), historyjka dziejąca się na prowincji, gdzie nie ma nawet specjalnie ładnych widoczków, nie zapowiadała się jako taka, który mnie poruszy i nie pozwoli szybko o sobie zapomnieć.

Mamy lata trzydzieste dwudziestego wieku. James „Jimmy” Gralton (Barry Ward) wraca z emigracji do rodzinnych stron. W skromnej chałupce została jego matka Alice (Aileen Henry), a w okolicy przyjaciele i dawna miłość. Jeszcze zanim pojawia się jakiś konflikt, poznajemy strony, które będą w nim uczestniczyć. Najpierw na spotkaniu z okazji powrotu Jimmy’ego pokazani są ci, którzy będą po jego stronie, w tym Mossy (Francis Magee) i Oonagh (Sime Kirby). W osobnej scenie ojciec Sheridan (Jim Norton), przesłuchuje Alice, by dowiedzieć się, czy syn będzie ponownie sprawiać problemy, co sugeruje, że to z księdzem będzie toczyć się jakiś spór.

Wracając z kolejnego dnia pracy w polu, Jimmy napotyka grupę młodzieży, tańczącej na ulicy. Okazuje się, że jest dla nich osobą na poły legendarną. Proszą o otwarcie świetlicy, w której przed emigracją Jimmy’ego toczyło się życie kulturalne okolicy. Retrospekcje bohatera pokazują wydarzenia sprzed lat. Świetlica powstała z oszczędności Jimmy’ego i przyjaciół, a każdy angażował się jak mógł w jej powstanie. Stała się miejscem wymiany poglądów, nauki malowania, śpiewania patriotycznych pieśni, a także wieczornych potańcówek. Tym była przynajmniej dla uczestników. Sprzeciw powstał ze strony ojca Sheridana. Może i było w tym coś z konfliktu przywódców (ksiądz, od dawna „władca dusz” wspólnoty, a Jimmy, nieposłuszny młokos), choć raczej to miejsce było dla niego pożywką dla komunistycznych idei, miejscem, którego nie może kontrolować. Bardzo szybko konflikt przechodzi z linii Sheridan – społeczność i dochodzi do władz. Kiedy jednemu członkowi wspólnoty dzieje się bezprawna krzywda, reszta mu pomaga. Jimmy stoi na czele tych, którzy bronią słabszych. Po drugiej stronie jest ksiądz z żandarmami. Sytuacja robi się na tyle niebezpieczna, że Jimmy musi wyjechać. Powraca po paru latach i historia zaczyna się od nowa. Ludzie są bowiem ci sami, poglądy i uczucia również. Jedynie Oonagh wyszła za mąż, a księdzu przypałętał się współpracownik, ojciec Seamus (gratka dla fanów „Sherlocka” – Andrew Scott w innej odsłonie). Jimmy ulega namowom i ponownie otwiera świetlicę. Konflikt wybucha na nowo.

W czasach, kiedy prawie każde tabu zostało złamane, czasem potrzeba naprawdę dziwnych środków, by poruszyć widza. Tymczasem „Klub Jimmy’ego” działa przez swoją prostotę. Jesteśmy w końcu wśród kulturalnych, dobrych, w większości oczytanych ludzi, i nagle dostajemy konkretną, krótką scenę, której się nie spodziewamy i która mocno na nas działa. Również bohaterowie czasem wychodzą spoza swoich typowych, przypisanych im ról. Jest to w dużej mierze zasługa aktorów, którzy pokazują, jak przez dotyk można przekazać sobie uczucia w sposób bardziej wyraźny niż przez słowa. Sam sposób, w jaki postaci zostały skonstruowane, dodaje filmowi mocy. Cała społeczność nie jest podzielona na dobrych i złych, bogatych i biednych, pracowników fizycznych i intelektualistów. I Jimmy, i ojciec Sheridan cieszą się poważaniem społeczności, obaj są oczytani, chociaż Gralton podkreśla swoją „prostotę”, którą w naszym kręgu można by określić robotniczym pochodzeniem. Cenię dzieło Kena Loacha za to, że pozwala oderwać się od naszych podziałów, które raczej na pewno pojawiłyby się w filmie nakręconym u nas.

Trudno przy tym powiedzieć, że obraz ten trzyma w napięciu. Człowiek po prostu przywiązuje się do tej historii, a nawet czuje się uczestnikiem konkretnych scen. Krajobrazy nie porywają, jednak zasłuchać można się w irlandzkich utworach i „czarnych” piosenkach z Ameryki, kostiumy fantastycznie oddają klimat czasów i miejsca. Największą magię i tak tworzą aktorzy. Jest wiele scen „w cztery oczy”, kiedy widz czuje się intruzem, postaci tak się uzewnątrzniają, że trochę wstyd na to patrzeć i podsłuchiwać, a z drugiej strony nie sposób się oderwać.

„Klub Jimmy’ego” jest dla mnie filmem drugiego obiegu i chyba wolę, żeby takim pozostał. Nie uważam, iż powinno doszukiwać się w nim jakiś komentarzy wydarzeń historycznych, jakiś wiadomości od konkretnych grup społecznych, próby szufladkowania. Ken Loach zachował umiar, pokazuje fakty, atmosferę tamtych czasów, pozycję Kościoła, polityczną sytuację Irlandii, ale przede wszystkim piękną historię o ludziach, którzy kochają swój kraj, jego kulturę i tradycje.

Posted in dramat, Recki | Tagged , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra