Słów kilka

Interstellar

Odwieczne pytanie: "Czy Nolan może wymyślić film tak ambitny, żeby sam nie potrafił go doskonale zrealizować?" ma już odpowiedź – niestety, twierdzącą.

Interstellar

Pośladki zostały na swoim miejscu, obsługa kina nie musiała zamiatać szczęk publiczności z zawalonej popcornem podłogi. Nie będę ukrywał, że „Interstellar”, film, którego ja (a zapewne i spora część czytelników Cinemacabry) wyczekiwałem z wywieszonym językiem jako jednego z największych wydarzeń w kinematografii w 2014 roku, zawiódł. Nie jest to oczywiście produkcja, za którą będziecie żądać zwrotu pieniędzy – to solidne science-fiction, które spodoba się szczególnie miłośnikom starszych przedstawicieli gatunku. A mimo to po wyjściu z sali czułem zawód. Bo Christopher Nolan zawsze był reżyserem pionierskim i ambitnym, a jego poprzednie projekty utwierdzały w przekonaniu, że wszystko, czego Amerykanin się dotknie, zamieni się w złoto. Tymczasem „Interstellar” dowodzi, że nawet najlepsi potrafią postawić sobie poprzeczkę zbyt wysoko.

Pierwszym i być może najpoważniejszym dowodem na to, że Nolan miał zdecydowanie za dużo pomysłów i nie wiedział, jak połączyć je w spójną całość, jest fakt, że film trwa niemalże trzy godziny… a mimo to czuć, że niektóre sceny bardzo mocno pośpieszono. Przejście od „wstępu” do właściwej eksploracji kosmosu to jakaś kpina: w jednym momencie główny bohater, Coop, jest przykładnym ojcem, wiodącym życie na farmie kukurydzy, w drugim narzuca kombinezon NASA i wylatuje na misję niemalże niemożliwą. A to nie wszystko: w fabule sporo jest miejsc, które w pierwotnej wersji scenariusza zapewne miały zostać rozbudowane. Tak jak w przypadku „Incepcji”, mocno rozczarowuje zakończenie: reżyser bez żadnego wyjaśnienia prezentuje nam scenę, która wygodnie wiąże wszystkie luźne wątki. Nie wiem, czy to presja ze strony wydawców, czy może sam Nolan sądzi, że nie potrafilibyśmy wytrzymać dodatkowych trzech kwadransów w kinie – faktem jest, że film sporo by zyskał, gdyby albo odpowiednio go wydłużyć, albo nawet podzielić na dwie części. Tym bardziej, że prawie trzygodzinna wersja nie nudzi nawet przez minutę.

W tym wypadku nie psioczyłbym na takie rozwiązanie – głównie dlatego, że reżyser spełnił swoją obietnicę i uczynił z „Interstellar” science-fiction na starą modłę. Bez groźnych kosmitów i zabójczych inwazji: tutaj stawia się głównie na eksplorację tego, co nieznane. Pod tym względem to film bardzo optymistyczny, nadal mający wiarę w to, że jesteśmy pionierami i że dane nam jest odkrywać to, o czym nigdy dotychczas nie marzyliśmy. Nawet wizja apokalipsy nie jest tu aż tak przygnębiająca: owszem, straciliśmy niemalże całe zapasy żywności, ale żeby zaoszczędzić, zrezygnowaliśmy z wojska – nie z baz NASA. Nie brak tu bohaterów o wątpliwej moralności, ale ich udział zostaje zagłuszony przez akty bohaterstwa. „Interstellar” to obraz niespotykanie, jak na dzisiejsze standardy, ciepły: po wyjściu z seansu trudno nie pomyśleć, że ludzie to jednak całkiem fajna gromadka. Przynajmniej do momentu, w którym nie włączycie wiadomości.

Nolan serwuje nam również ucztę dla oka – szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że znaczną część wizualiów uzyskano bez użycia efektów generowanych komputerowo. Jego wizerunki odkrywanych planet, czarnych dziur czy tuneli czasoprzestrzennych nie są nastawione na efektowność, ale są ciekawym przedstawieniem naszych wyobrażeń. Wszelkie kosmiczne twory tworzą ciekawy kontrast z wykorzystywaną przez ludzi technologią: widać, że NASA w dobie apokalipsy przestała zatrudniać najlepszych designerów. Wnętrza promów są brudne, kabiny, w których hibernują się członkowie załogi – bardzo oszczędne. Nawet roboty są nastawione wyłącznie na funkcjonalność – w tym aspekcie brawa dla Nolana, który nie dał się ponieść trendowi tworzenia maszyn-humanoidów i zamiast tego sztuczną inteligencję umieścił w paru prostych blachach.

Roboty zresztą powinny zostać pochwalone nie tylko za swój wygląd – to w zasadzie jedyne postaci, które naprawdę łatwo polubić. Brak twarzy nadrabiają humorem i wygadaniem. A w więź, którą tworzy ze sztuczną inteligencją Coop, bez problemu można uwierzyć. Może to jednak zasługa tego, że inni bohaterowie wypadają dość… blado. To głównie zasługa scenariusza; nikt nie wątpi bowiem, że Matthew McConaughey, Anne Hathaway, Jessica Chastain czy Michael Caine to utalentowani aktorzy. Jeśli jednak brutalnie wsadza im się w usta coraz to bardziej rozdmuchane teksty, tracą swoją wiarygodność. McConaughey w niczym nie przypomina gościa, który jeszcze niedawno zasłużenie zgarnął Oscara za „Witaj w klubie” oraz sympatię fanatyków seriali za „Detektywa”. Hathaway i Chastain są nijakie do bólu, zaś Caine chyba powinien zrobić sobie przerwę od współpracy z Nolanem, który zupełnie nie wykorzystuje jego potencjału. Po raz kolejny scenariusz został zbudowany tak, by nikt nie mógł być ważniejszy od reżysera i jego wizji.

Ta z kolei może i nie zachwyca tak, jak sugerowały to pierwsze zwiastuny, jednak nie da się odmówić „Interstellar”, że ma swoje momenty. Są tutaj sceny, które sprawiały, że kurczowo obłapiałem oparcia, żeby nie spaść z krawędzi fotela. Perfekcyjnie widać to na przykładzie lądowania na pierwszej planecie, która okazuje się być zalana wodą. Sam widok potężnego oceanu to coś, co może wywołać u niektórych spory niepokój, dodajcie jednak do tego fale, które przeraziłyby nawet podpułkownika Kilgore’a z „Czasu apokalipsy”… Dużą rolę w budowaniu napięcia odgrywa muzyka – czasami bywa monotonna, zazwyczaj jednak pasuje jak ulał do przedstawianych obrazów. Poza tym zawsze dobrze usłyszeć Hansa Zimmera w wersji nieco lżejszej niż ta z „Incepcji”.

„Interstellar” miało pozamiatać. Wierzyłem, że pozamiata. Prawdopodobnie sam Christopher Nolan był szczerze przekonany, że wyjątkowo ambitny pomysł w połączeniu z jego wizją ma spory potencjał zamiatający. Okazuje się jednak, że niezależnie od tego, jak bardzo wizjonerskim reżyserem jest Amerykanin – nawet on nie potrafi idealnie przełożyć każdego swego pomysłu na język kina. Wydanie kilkunastu złotych na ten seans to zdecydowanie nie wyrzucenie pieniędzy w błoto. Gdyby taki sam film stworzył mniej znany twórca – zapewne piałbym z zachwytu nad młodą gwiazdą przemysłu. Ale po Nolanie zawsze spodziewałem się co najmniej tyle samo, co po Scorsese, Tarantino, Fincherze czy Refnie, a w tak doborowym towarzystwie produkcja na „siódemkę” nie wystarczy. Tym bardziej, że „siódemka” ta wcale nie stoi na zbyt mocnych fundamentach.

Posted in dramat, Recki, sci-fi | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra