Słów kilka

Igrzyska Śmierci: Kosogłos. Część 1

Jeśli poprzednie wizyty w świecie „Igrzysk śmierci” przypadły komuś do gustu, warto tam wrócić na kolejne dwie godziny. Będzie mroczniej i ciężej. Nie oczekujcie jednak schematycznej dystopii.

Igrzyska Śmierci: Kosogłos. Część 1

Jedna powieść podzielona na dwa filmy plus niewyspany ja. To mogło się skończyć nieeleganckim zaśnięciem w czasie seansu, ale ani moje, ani żadne inne chrapanie nie rozbrzmiało w sali kinowej. Kto się nie nudził na poprzednich częściach, tym razem także nie będzie zawiedziony.

W „Kosogłosie” igrzyska się nie kończą, lecz zmieniają wymiar. Brutalne reality show rozszerza zasięg swojej areny na cały świat, a rozgraniczenie między uczestnikami a publicznością przestaje istnieć. Wszyscy walczą i wszyscy patrzą. Katniss Everdeen musi dołączyć do rebeliantów z Dystryktu 13, który przed laty sprzeciwił się Kapitolowi, co przepłacił zbombardowaniem. Ocaleli ukryli się pod ziemią i stworzyli własny system, na którego czele stoi pani prezydent Alma Coin. To ona naciska na Katniss, by została twarzą ruchu oporu – tytułowym Kosogłosem. Dziewczyna nie jest jednak typową bohaterką, od której zależy ocalenie ludzkości. Początkowo bardziej interesuje ją los przyjaciela niż rodząca się rewolucja. Gdy zgadza się dalej odgrywać rolę buntowniczki, nie zapomina o najbliższych osobach. Jennifer Lawrence znakomicie oddaje charakter „igrającej z ogniem”, co dobrze widać w scenie kręcenia propagandowej reklamy – nie jest łatwo zagrać brak umiejętności aktorskich (choć wielu aktorów nie musiałoby w podobnej sytuacji udawać…). Zresztą cała obsada aktorska to wielki plus filmu. Pojawiają się nowe, dobrze grane postaci takie jak prezydent Coin czy reżyserka, która opuściła Kapitol, by wspomóc rebeliantów. Bohaterowie, których znamy z poprzednich części, pokazują się w nowym świetle. Peeta Mellark namawia ludzi z Dystryktów do zaprzestania walk, prezydent Snow odsłania jeszcze głębsze pokłady wewnętrznego zepsucia, a Effie Trinket, która dawniej kochała życie w Kapitolu, teraz postanawia uczynić Katniss najlepiej ubraną buntowniczką.

Oprócz zręcznego prowadzenia aktorów, Francis Lawrence wykazuje się też zmysłem estetycznym… choć nie zawsze. Ujęcia zrujnowanych Dystryktów robią wrażenie, podobnie jak scena nad jeziorem, w trakcie której Katniss zaczyna śpiewać piosenkę, co nie wychodzi ani trochę patetycznie. Momentami reżyser balansuje na granicy kiczu (może zamierzony zabieg?), by chwilę później zaserwować coś aż nazbyt zwyczajnego. Gdyby Syjon z „Matrixa” miał młodszego, upośledzonego brata, nazywałby się Dystrykt 13. Podziemia, w których ukrywają się rebelianci, stanowią kontrast dla przerysowanego Kapitolu, jednak nie mają w sobie nic, co mogłoby utkwić na dłużej w pamięci. Brak pędzącej na złamanie karku akcji jest jednocześnie wadą i zaletą. W przeciwieństwie do poprzednich części Katniss wypuszcza mniej strzał niż mieści się w kołczanie. Ale jak już strzela, to nie do byle czego.

„Igrzyska śmierci: Kosogłos” miejscami przypominają thriller, miejscami dramat, jednak przede wszystkim są ponurą, nieco przerysowaną dystopią. Niektórzy nawet nazywają świat wymyślony przez Suzanne Collins satyrą. I właśnie w trzeciej części odsłania się kolejne dno z pozoru prostej, nieoryginalnej historii. Jak się można spodziewać po blockbusterze, owa „głębia” nie została dokładnie spenetrowana. To główny powód, dla którego nie określę „Igrzysk śmierci” mianem science-fiction z najwyższej półki. Trudno też zaklasyfikować film jako efektowne widowisko. To twór z pogranicza. Ale choć powieść rozbito na dwie części dla większego zysku, nie żałuję ani minuty spędzonej w kinie.

„Pamiętaj, kto jest prawdziwym wrogiem” – tak brzmią chyba najczęściej powtarzane w filmie słowa. Po obejrzeniu „Kosogłosa” nie myśli się już o tym zdaniu tak jednoznacznie, jak wcześniej. Twórcy zasiali wiele wątpliwości. Oby ostatnia odsłona serii przyniosła obfite plony.

Posted in akcja, Recki, sci-fi, thriller | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra