Słów kilka

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Peter Jackson kończy swoją - zdecydowanie, naszym zdaniem, zbyt długą przygodę ze Śródziemiem, triumfalnie. "Bitwa Pięciu Armii" jako dzieło rzemieślnika nie ma sobie równych.

Hobbit: Bitwa Pięciu Armii

Ostatnie dzieła Petera Jacksona są dla nas, fanów, bardzo stresujące. Przed pierwszą częścią był to stres „pozytywny” – na pewno będzie magia, nie można się doczekać! Entuzjazm stygł (choć nie zawsze) w miarę jak pojawiały się zwiastuny czy informacje o obsadzie. Nadeszła druga część. Większość już się tylko zastanawiała, czy może być gorzej. Dla jednych było, inni jakoś to przeżyli. Przed trzecią częścią słyszałam już tylko wymamrotane ze zniechęceniem: „No, trzeba to będzie zobaczyć”. Mi również się nie spieszyło. Znajomi prawie jednomyślnie na Filmwebie stawiali 6/10. Poszłam. I nagle w trakcie filmu okazało się, że człowiek stresował się tylko tym, by żadnemu ulubionemu bohaterowi nie stała się krzywda większa niż ta przewidziana przez książkę.

Stało się! Dostałam do zrecenzowania Wielki Film. Najpierw się ucieszyłam z tego faktu, potem, jeszcze przed pójściem do kina, wiedziałam, jak zacznę. „Fani i tak pójdą, ci inni i tak tego nie obejrzą, chyba że na TVN za dobre pięć lat”. Recenzja miała ograniczać się do psioczenia na wątki, których nie powinno być i chwalenie Jacksona za rzeczy oczywiste, które musiały mu się udać. Nie ukrywajmy, ostatnia część trylogii była najłatwiejsza do zrealizowania, bo składa się w dużej mierze z „wielkich scen” (smok, miasto, bitwy, potyczki na kilku frontach), które Nowozelandczykowi zawsze świetnie wychodziły. W trakcie oglądania szybko zdałam sobie sprawę, że jestem trzecim „Hobbitem” zachwycona.

Film otwiera atak Smauga na Esgaroth. Efekty są świetne, smok jest pięknie zrobiony, a całość dopina głos Cumberbatcha. Potem już Jackson skacze z pleneru w plener. Wbrew wcześniejszym planom, nie będę narzekać na sceny i postaci, których w książce nie ma. Postanowiwszy to sobie mogę napisać, że jestem zachwycona zakończeniem wątku pobytu Gandalfa (Ian McKellen) na Dol Guldur. Nie chodzi nawet o sam fakt końca historii – scenę skradła bowiem Galadriela (Cate Blanchett), która zazwyczaj przynosi oczywiście blask i dobro. Ja jednak bardzo lubię ją jako mroczną kobietę w stylizacji z „Drużyny Pierścienia” i to właśnie dostałam! W tej części pojawiają się również Nazgule, jednak w innej formie. Są już tylko bańką efektów specjalnych. Ich walka z Elrondem (Hugo Weaving) i Sarumanem (Christopher Lee) dzięki temu wygląda efektowniej (naprawdę pykają jak bańki!), jednak wolałam ich wersję z pierwszej części „Władcy Pierścieni”.

Jednocześnie zostaje tu miejsce na rozwój postaci. Thorin (Richard Armitage), powoli pogrążający się w chorobie smoka, ma w sobie coś z wiecznie wkurzonego Draco Malfoya, próbującego wykombinować, jak zabić Dumbledora. W pewnych momentach widać, czy raczej słychać, że efekt owej choroby wzmagają efekty specjalne, jakieś manipulacje głosem, co umniejsza kunszt Armitage’a. Nie zmienia to faktu, że człowiek che go udusić za bycie dupkiem – więc spełnił swoją rolę. W dodatku okazuje się być człowiekiem renesansu i prócz wojaczki zna się na fizyce – przy walce na lodzie umie wykorzystać zasady grawitacji.

Wielkim plusem jest poczucie humoru, które rośnie wraz z tym, jak maleją bohaterowie. Żarciki pojawiają się czasem ze strony kransoludów i często Bilba (Martin Freeman). Hobbit jest taki, jakiego człowiek chciał zobaczyć – poczciwego, dokonującego dobrych wyborów, lojalnego, już tęskniącego za domem. Jednocześnie wyeksponowano inne kransoludy. Już nie tylko Balin (Ken Scott) mówi mądre rzeczy, ale też Dwalin (Graham McTavish) ma scenę sam na sam z Thorinem. Fili (Aidan Turner) wreszcie nie jest tylko reklamą L’Oreala (no, może wtedy, kiedy Tauriel nie ma w pobliżu). No i Dain (Billy Connolly), czyli esencja cech kransoluda – rubaszny, bitny i nokautuje ciosem głowy.

Zresztą większość drugoplanowych postaci została rozwinięta. Thranduil (Lee Pace) musiał być trochę dupkiem, ale ostatecznie okazał miłosierdzie. No i ma super łosia / renifera, który jest genialną bronią na wrogów (hej, jeśli dodać jeszcze do tego wielkie kozy Thorina i spółki oraz potężną świnię Daina, to nie należy się dziwić, że ludzie dostają kość w Śródziemiu, skoro walczą tylko na koniach…). Nadal jednak jest na co ponarzekać – brak sensownych (feministki mogą wstawić sobie „silnych”) postaci kobiecych. Gdzie się podziały tamte Eowiny, albo może – kiedy się pojawią? Kobiety są tutaj tylko po to, by piszczeć w obliczu niebezpieczeństwa, żeby mężczyźni mogli przybiec i je uratować. Jeżeli chodzi o płeć brzydszą, efektownych wyczynów starcza dla wszystkich: Brad (Luke Evans) wymyśla sposób nokautowania trolli za pomocą wózka, a Legolas (Orlando Bloom, który o miano najpiękniejszego przestał przegrywać z Viggo Mortensenem, a zaczął z Evansem) metody sterowania tymże stworem przez wbicie mu miecza w kark.

„Hobbit: Bitwa Pięciu Armii” jest najlepszym z możliwych zakończeń tej umęczonej serii. W każdym aspekcie jako dzieło wybitnego rzemieślnika, który jest na swoim gruncie, jest przewidywalnie idealne – efekty, muzyka, kostiumy, nawet plecionki u elfów! Wychodzi na to, że recenzja nie jest na przekór wiernym miłośnikom, którzy i tak pójdą. Jest w dużej mierze dla fanów „po prostu”, takich jak ja, którzy odkładają pójście na ostatnią część trylogii, spodziewając się najgorszego. W ten sposób pozbawiają się – kto wie, może ostatnich – dwóch godzin w filmowym Śródziemiu.

Posted in fantasy, przygodowy, Recki | Tagged , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra