Słów kilka

Gra tajemnic

Wojna w tle, a matematyka na pierwszym planie? Nie, to gra pozorów prowadzona przez genialnego Cumberbatcha. To zagadka dla widza: co jest prawdziwą Enigmą – ludzie czy maszyny?

Gra tajemnic

Kolejny film o drugiej wojnie światowej? Schowajcie widły i pochodnie. Pierwszy powód, żeby pójść: nie jest o Amerykanach. Drugi powód: nie jest o Żydach. Trzeci powód: liczba wypowiedzianych słów przewyższa liczbę wystrzelonych naboi. Co prawda, tego ostatniego nie mogłem wiedzieć przed pójściem do kina, ale skoro obiecywali dramat o matematyku, chyba nie powinienem się spodziewać hektolitrów krwi tryskającej niczym gejzery na Islandii. Bez żadnej rekomendacji, bez przeczytania jakiejkolwiek recenzji – zaryzykowałem.

Od początku „Gra tajemnic” kojarzy się z „Pięknym umysłem”. Nic dziwnego: powstało niewiele dobrych filmów o naukowcach zajmujących się abstrakcyjnymi dziedzinami. Bo jak tu w ciągu dwóch godzin pokazać na ekranie teorie matematyczne, które zaprzątają umysły profesorów z całego świata przez wiele lat? Nie trzeba kończyć studiów reżyserskich, by wiedzieć, co skuteczniej przykuwa uwagę widzów – ludzie. Alan Turing, brytyjski ojciec (jeden z wielu; wybaczcie, że przedwcześnie zdradzam jego orientację) informatyki, posiadał na tyle ciekawą osobowość, że stworzenie dobrego scenariusza i znalezienie odpowiedniego aktora dało przepis na udany film.

Benedict Cumberbatch wybija się wysoko ponad poziom „odpowiedniości”. Odgrywany przez niego Alan Turing jest ukazywany w trzech okresach swojego życia, co stanowi nieco niepotrzebny zabieg. Sceny z dzieciństwa tłumaczą, jak młody Alan (grany przez Alexa Lawthera) uczył się radzić sobie z własną odmiennością, a także wprowadzają wątek homoseksualny. Z kolei akcja tocząca się kilka lat po wojnie przedstawia konsekwencje trudnych doświadczeń Turinga. Oba te plany wnoszą sporo do psychologii postaci, jednak film mógłby się skupić na czasie drugiej wojny światowej i pracach nad rozszyfrowaniem kodu Enigmy. W końcu to ten okres najbardziej wpłynął na życie brytyjskiego matematyka – wojna zmienia nie tylko tych, którzy strzelają. Turing od początku jest dziwakiem. Przy rozmowie o pracę dla wojska przyznaje się do braku poczucia (czy raczej: wyczucia) humoru, ale twierdzi też, że tylko on nadaje się do rozwiązania problemu Enigmy. Swoją motywację tłumaczy zamiłowaniem do zagadek. W innej sytuacji kolega informuje go, że idzie na lunch, a on nie reaguje. W końcu Alan tłumaczy: „nie pytałeś, czy idę na lunch, tylko mówiłeś, że ty idziesz na lunch”. Z kolejnymi minutami odmienność głównego bohatera przeradza się w szaleństwo; jednocześnie ujawniają się jego ludzkie słabości. Film mógłby właściwie nazywać się „Grą Cumberbatcha”.

Trudno zarzucać biografii skupienie się na jednej postaci, ale jedna z największych zagadek drugiej wojny światowej aż prosi się o kilka chwil uwagi. Reżyser – oczarowany rolą Cumberbatcha jak Turing własnym geniuszem – woli kierować oko kamery na jednego człowieka. W sporadycznych przypadkach zerka też na innych: jedyną w scenariuszu kobietę dorównującą intelektem mężczyznom (Knightley), nierozumiejącego matematycznych zawiłości wojskowego (Dance), tajemniczego agenta (Strong)… Pracujący przy Enigmie naukowcy są zepchnięci na dalszy plan, a przecież bez ich pomocy Turing niewiele by zdziałał (nie znał niemieckiego, więc nie mógłby nawet przetłumaczyć odszyfrowanych wiadomości).

„Gra tajemnic” trzyma w napięciu godnym klimatycznego dreszczowca, choć czasem zalatuje spielbergowskim patosem. Stawka jest postawiona wysoko – od złamania kodu Enigmy zależy los wojny. Zresztą, samo rozszyfrowanie niemieckich wiadomości o niczym nie przesądzi. Problemy moralne i strategiczne ustępują jednak psychologii bohaterów. Pod koniec szaleństwo Turinga zaczyna odrobinę razić (wina scenariusza, nie aktora), a zakończenie wydaje się umniejszać sens filmu. Z kolei informacja dotycząca gejów w Wielkiej Brytanii budzi zażenowanie.

Na uznanie zasługuje realizacja: niewiele można jej zarzucić. Muzyka jest oryginalna i znakomicie wpasowuje się w klimat „Gry tajemnic”. Scenografia, kostiumy i duch tamtych czasów zostały oddane na najwyższym poziomie. Zbędny element stanowią jedynie nieliczne ujęcia bombardowań, przejazdów czołgów czy płonących statków. Widz powinien doświadczać tyle, co bohaterowie, dla których doniesienia z frontu były tylko faktami i liczbami.

Dzieło Mortena Tylduma może służyć za wzór kina wojennego pozbawionego krwawych batalii i wybuchów, skupiającego się na ludziach, którzy walczyli daleko za linią frontu. Jeśli ktoś liczy na dogłębne studium różnic między człowiekiem a maszyną, może poczuć się rozczarowany. Solidny scenariusz i gra Cumberbatcha powinny jednak wystarczyć fanom dobrych, wciągających dramatów.

Posted in biograficzny, dramat, Recki | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra