Słów kilka

Furia

Krwawe, mocne i odważne kino. "Furia" ma kilka grzeszków, a końcówka nadaje się tylko do wymiany, ogólnie jednak bezlitośnie zapada w pamięć.

Furia

Przez chwilę można by pomyśleć, że ostatnimi czasy temat drugiej wojny światowej, tak w filmach, jak i w grach, zaczął powoli podupadać – szczególnie za granicą, bo akurat ten rok w polskiej kinematografii ze względu na 70-tą rocznicę Powstania Warszawskiego obfitował w mniej lub bardziej udane obrazy z tego okresu. Najstraszliwszy konflikt w historii reżyserowie zamienili na bardziej współczesne zmagania, a jeżeli już brali się za dzieła osadzone w nawałnicy lat 1939-45, wychodziło im to z mizernym skutkiem (ekhm, ekhm, „Obrońcy skarbów”!). I szczerze mówiąc – mało brakowało, a „Furię” też bym przegapił. Film wciśnięty pomiędzy „Zaginioną dziewczynę” a „Interstellar”, w klimatach, które widziałem już na srebrnym ekranie dziesiątki razy, zwiastuny zapowiadające obraz, w którym dzielna załoga pojedynczego czołgu powstrzymuje natarcie przeważających sił wroga – tylko Brad Pitt mógł mnie przekonać, żeby dać Davidowi Ayerowi szansę. I chwała mu za to.

Od razu sprecyzujmy – „Furia” nie jest innowacyjna. Nie ma niespotykanego podejścia do tematu wojny, nie ma w niej prawd, które odmienią nasze życie, nie ma aktorstwa, które na nowo zdefiniuje X Muzę. Ale to film, na jaki największy konflikt w dziejach ludzkości zasługiwał – pesymistyczny, brutalny, pozbawiający złudzeń i obdarty z łopoczących co krok amerykańskich flag. Ayer przy kręceniu swojego najnowszego dzieła kieruje się przede wszystkim realizmem oraz powagą: w historii załogi czołgu o tytułowej nazwie częściej można uświadczyć zezwierzęcenia niż bohaterstwa. Buduje klimat tak sugestywny, jak tylko można – bardziej brudny, bardziej krwawy i znacznie mocniejszy nawet od słynnej sceny desantu w „Szeregowcu Ryanie”. Podczas trwającego ponad dwie godziny seansu nieraz poczujecie potrzebę otarcia się z błota, potu i posoki. Niemałą cegiełkę do tej atmosfery dorzuca autor ścieżki dźwiękowej, Steven Price. Utwory w jego wykonaniu osiągają najwyższe loty wtedy, gdy zgrane są z niemieckimi przyśpiewkami – gdybym tylko mógł wówczas oderwać oczy od ekranu, zapewne chowałbym się pod fotel.

Atmosfera to tak mocny plus „Furii”, że w czasie oglądania filmu niemalże niemożliwym jest dostrzeżenie minusów. A tych jest przecież całkiem sporo: począwszy od pomniejszych niedociągnięć, które tylko trochę utrudniają odpowiednie wczucie się w klimat (z czego najgorsze są czerwone i zielone pociski, wyglądające tak, jakby amerykańskie czołgi znalazły się pod ostrzałem Armii Imperialnej), aż po zaprzepaszczony w końcówce potencjał oraz średnio rozbudowanych bohaterów. Na szczęście ta ostatnia wada zostaje sprawnie ukryta przez piątkę aktorów. Wśród nich bryluje oczywiście Brad Pitt jako twardy, ale i niepozbawiony ojcowskich uczuć dowódca czołgu Don (tym razem nie zdejmuje skalpów z nazistów), jednak zaskakująco niedaleko z tyłu zostaje Shia LaBeouf, dla którego nominacja do Złotej Maliny za „Transformers 3” podziałała najwidoczniej jak zimny prysznic, oraz Jon Bernthal, który od swojej przełomowej roli w „The Walking Dead” zagrał już i u Ayera, i u Scorsese’a. Obaj tworzą wiarygodną, kumpelską chemię, i to pomiędzy dwiema kompletnie różnymi postaciami – fanatycznie wręcz religijnym „Biblii” oraz prymitywnym brutalem Gradym. Na ich tle znacznie bladziej wypadają Logan Lerman i Michael Peña.

Ale oprócz dobrego aktorstwa „Furia” ma do zaoferowania także mnóstwo świetnie zrealizowanej akcji. Kiedy na horyzoncie pojawia się niemiecki Tygrys, wymiana ognia zatrzymuje widza na skraju siedzenia i nie pozwala mu odsapnąć aż do momentu, w którym jedna ze stron nie wykończy drugiej. Z kolei gdy horror wojny na chwilę odejdzie w niepamięć za sprawą obiadu w mieszkaniu dwóch kobiet – czeka Was jeden z najmocniej trzymających w napięciu momentów w obrazie, którego esencją są walki czołgów. Ayer mistrzowsko buduje suspens i gra na emocjach oglądających – mimo że scenariusz jest mocno przewidywalny. Tym bardziej boli więc ta nieszczęsna końcówka, w której reżyser jakby stracił wiarę w swoją wizję i stworzył ostatnie minuty w oparciu o podręcznik dla początkujących twórców filmów wojennych. Za nic nie czuć wtedy charakteru, który w ostatecznym rozrachunku czyni „Furię” kinem tak mocnym i satysfakcjonującym.

Ale nawet pomimo wszystkich tych wad dzieło Davida Ayera to bardzo, bardzo pozytywne zaskoczenie. Widać, że ta pozbawiona nadmiaru patosu (oczywiście, w tym gatunku nie da się uniknąć go całkowicie), brutalna i zostająca na długo w głowie produkcja nie została stworzona pod prestiżowe nagrody. Ale gdy wraz z bohaterami przeżyjecie (lub nie) te dwie godziny wśród krwi, potu i łez, opuścicie wnętrze „Furii” i wyjdziecie na świeże powietrze – to ten film zapamiętacie mocniej niż większość oscarowych nominacji. Absolutna perła wśród najnowszych filmów wojennych – nawet jeśli zewsząd oblepiona wszechobecnym błotem.

Posted in dramat, Recki, wojenny | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra