Słów kilka

Frank

Zapewnienie o tym, że "nie warto nic ukrywać” z ust faceta chowającego twarz pod wielką maską nie brzmi zbyt przekonująco, ale za to Michael Fassbender w roli charyzmatycznego Franka – wręcz przeciwnie. Potrafi rozbawić i poruszyć podobnie jak cała historia.

Frank

„Frank” na nasze ekrany zawita za niespełna tydzień, ale już teraz niektóre z polskich kin studyjnych dają nam możliwość obejrzenia filmu Leonarda Abrahamsona na pokazach przedpremierowych. W jednym z takich seansów miałem przyjemność osobiście uczestniczyć. Skłoniły mnie ku temu dwie rzeczy: nieskrywana słabość do klimatów sundance’owych (film został okrzyknięty objawieniem tegorocznego festiwalu) oraz prawdopodobnie najdziwniejsza rola w dorobku aktorskim Michaela Fassbendera, którego kreacja przez niektórych została uznana za mistrzowską.

Dla Jona (Domhnall Gleeson), młodego muzyka, dołączenie do zespołu o wdzięcznej nazwie „Soronprfbs” to niepowtarzalna okazja. Nie ważne, że trafia tam zupełnie przez przypadek, ważne, że może dzięki temu zaistnieć. Do tej pory zajęty nieudolnymi próbami tworzenia własnych kompozycji i wygłaszania swoich myśli za pośrednictwem Twittera, zwęsza szansę na dokonanie czegoś wielkiego. Zostaje głównym klawiszowcem w zespole, któremu przewodzi enigmatyczny wokalista Frank (w tej roli wcześniej wspomniany Fassbender),ukrywający swoją prawdziwą tożsamość lub konkretniej mówiąc głowę, pod drugą głową. Wielką plastikową maską, której nigdy nie ściąga. Nawet pod prysznicem!

Frank nie jest zwyczajnym frontmanem. To już sugerowałoby oryginalne przebranie, ale poza tym jest w tym facecie coś wyjątkowego. Dla pozostałych członków grupy (łącznie jest ich 6 osób) koleś z wielką sztuczną głową, którego zresztą twarzy nigdy nawet nie mieli okazji ujrzeć, to swoisty fenomen. Clara (Maggie Gyllenhaal) gotowa jest poświecić karierę zespołu by mieć go tylko dla siebie, a ich menedżer otwarcie przyznaje, że chciałby być jak Frank. Co więc tak skutecznie pracuje na pozycję tego mężczyzny? Przede wszystkim Frank w muzyce stawia na „przekraczanie granic”. Może nie jest w tej dziedzinie tak dobry jak członkowie Pink Floyd, ale na pewno nie można odmówić mu umiejętności dostrzegania czegoś w niczym. Inspiracje znaleźć potrafi dosłownie we wszystkim, nawet w dywanie (swoją drogą jedna z lepszych scen filmu). Nie ogranicza się w szukaniu nowych dźwięków, korzystając np. z tak oryginalnego pomysłu jak odgłos zamykających się drzwi. Jest prawdziwym mózgiem drużyny, równie niekonwencjonalnym co tajemniczym, ale przy tym wszystkim pozostaje sympatycznym i zabawnym facetem. Chciałoby się powiedzieć – normalnym.

Jeśli spojrzeć od strony idei jaka przyświecała twórcom, można pokusić się o tezę, że „Frank” to satyra na współczesność. Film w prześmiewczy (ale nie obraźliwy!) sposób ukazuje środowisko hipsterów, którzy usilnie starają się zostać artystami z prawdziwego zdarzenia. Brzydzą się muzyką popularną i sami stawiają na awangardę. Chcą uniknąć mainstreamu, a jednocześnie zyskać popularność. W końcu trzeba z czegoś żyć.

Po drugiej stronie mamy Jona, chłopaka który od początku pobytu w zespole traktowany jest jak „czarna owca”, ale nie tylko przez to, że jest nowy, ale także przez to że jest po prostu inny. Inny od reszty, bo żyjący trochę bliżej świata. Jon większość czasu spędza w Internecie, czyli podobnie jak każdy przeciętny współczesny nastolatek. Swoim perypetiami dzieli się z użytkownikami Twittera tagując przy tym każdy wpis w najgłupszy możliwy sposób. Jest to zabieg, który ostatnimi czasy dziwnym trafem zyskał nadzwyczajną popularność nie tylko na tym portalu, a bardziej niż sam w sobie popularność zyskała tendencja do ironicznego piętnowania podobnych zachowań. Na to drugie stawiają scenarzyści filmu. W efekcie, im dalej w alternatywną otchłań biegnie twórczość Soronprfb”, tym bliżej widza zdaje się zmierzać cała historia. Uśmiechamy się, bo to co dzieję się na ekranie jest nam bardzo bliskie. Bliskie epoce, w której żyjemy.

„Frank” to w dużej mierze kino komediowe, z charakterystycznym brytyjskim czarnym humorem. Ale nie takim absurdalnym jak choćby spod znaku Monty Pythona, a o wiele bardziej wyważonym, subtelniejszym i gotowym trafić do szerokiej rzeszy odbiorców (nawet tej konserwatywnej). To też historia dramatyczna, która pomimo pierwszoplanowej struktury stwarzającej pozory głupiutkiej komedii, chowa w swoim wnętrzu gorzką ironię. Dotyka problemu alienacji, ludzkich słabości i lęków często skrywanych pod maską. W tym przypadku w dosłownym znaczeniu. To w końcu opowieść o dążeniu do realizacji marzeń, rzeczywista i w żadnym calu naiwna.

Kamera najwięcej czasu poświęca Jonowi (który przy okazji jest narratorem całej historii), ale fabularna karuzela zdaję się kręcić tylko i wyłącznie wokół jednej osoby: tytułowego Franka. Szybko okazuję się, że wszelkie pozostałe smaczki filmu są jedynie tłem dla tej właśnie postaci i najistotniejsze staje się poznanie tajemnicy skrywanej przez zagadkowego bohatera. Zresztą twórcy filmu to trochę szaleńcy. Robiąc kino niezależne w głównej roli obsadzają jednego z najbardziej rozpoznawalnych aktorów ostatnich lat, a następnie zakrywają mu twarz. Ktoś mógłby powiedzieć: „Po co? Dlaczego? Przecież wystarczyło zatrudnić kogokolwiek i efekt byłby taki sam”. Niekoniecznie. Fassbender przy pomocy gestów i mowy potrafi wyciągnąć z Franka to „coś”. Nadaje mu wyrazu i wcale nie przeszkadza w tym kawałek plastiku, który nosi na głowie. Nie jest to kreacja oscarowa, ale w komediowej roli sprawdza się nie mniej przekonująco niż jako porucznik Archie w „Bękartach wojny” czy bezduszny android z „Prometeusza”. Potwierdza nie tylko swój wszechstronny warsztat aktorski, ale również umiejętności wokalne (w szczególności wykonanie piosenki „I love You All” na końcu filmu). Udowadnia, że jest aktorem kompletnym, a „Frank” to kolejna godna uwagi pozycja z jego udziałem. Oby tak dalej.

Posted in dramat, komedia, Recki | Tagged , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra