Słów kilka

Filmowy alfabet vol. 2 #D

Dziś w alfabecie dużo głupich rzeczy: od podejścia Marvela do swoich postaci, przez śmierci oraz widowni w kinach, aż po durne wymagania płci pięknej. Te ostatnie były opisane przez kobietę - spróbujcie nam teraz zarzucić szownizm!

Filmowy alfabet vol. 2 #D

DEADPOOL UMIERA – czyli opowieść o tym, że Marvel to wredna dziwka, która nie lubi, gdy sprawy idą nie po jej myśli. A co za tym idzie, próbuje uroczo zemścić się na wszystkich winowajcach, którzy nie padają jej do czcigodnych stópek. I nie myślcie tylko, że nie uwielbiam tego wydawnictwa oraz jego superherosów, bo w chwili gdy czytacie te słowa, prawdopodobnie spędzam wesoło czas przy lekturze Marvel Zombies czy innego Punishera No, ale fakty są faktami – Marvel tak bardzo wciągnął się w kinowe uniwersum MCU, że zaczął stanowczo odcinać się od postaci, do których prawa autorstkie wywędrowały poza szpony Marvel Studios. I nie mówię wcale o Sony i ich Spider-Manie, który zresztą na spore szanse spotkać się w przyszłości na wielkim ekranie z Avengersami (do których powinien przynależeć). Aczkolwiek o obecnym stanie filmowych perypetii Człowieka Pająka wolę się nie wypowiadać, z racji iż każdego dnia napływają sprzeczne doniesienia o tym kto ma grać Petera Parkera, ile jeszcze filmów zrobi Sony, zanim na dobre pogodzi się z Marvelem, etc. Skupmy się na konkretach: studio Fox trzyma w żelaznym uchwycie prawa do ekranizacji przygotowywanych właśnie filmów o X-Menach i spółce. Marvelowi to nie w smak, zatem pod koniec ubiegłego roku zakończył (na pewien okres) żywot komiksowcgo Logana w serii „Śmierć Wolverine’a”, a na najbliższe miesiące szykuje czasowe odstrzelenie Deadpoola oraz Fantastycznej Czwórki. Do których zupełnym zbiegiem okoliczności prawa ma Fox, szykując właśnie premiery dedykowanych im blockbusterów. Obrażony Marvel pokazał pazurki już w dwunastym odcinku Punishera, gdzie (jak możecie zobaczyć na załączonym obrazku) „gościnnie” wystąpiła aktorska obsada „Fantastic Four” Josha Tranka, która kilka sekund później ginie w eksplozji. A to peszek. Mało Wam? To co powiecie na fakt, że – spoiler – w najnowszych odcinkach drukowanych przygód X-Menów okazuje się, że Scarlet Witch oraz Quicksilver wcale nie są dziećmi Magneto? Ba, w ogóle nie są ludźmi. Nasuwa się zatem pytanie, czy nie przynależą do grupy „Inhumans”, do których prawa filmowe ma Marvel, pracujący obecnie nad ekranizacją komiksu. Czyżby więc widziany przez nas w „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie” Pietro Maximoff miał na dobre odejść z filmowej sagi Foxa? Marvel nie lubi się dzielić, a jak wiemy ta sama postać już w maju zadebiutuje wśród Avengers, zaś wcieli się w niego Aaron Johnson. Oczywiście, kiedy fani dopytują wprost wydawnictwo Marvel, co tak naprawdę siedzi w ich głowach, nagle wszyscy pokornieją i odcinają się od teorii spiskowych, jakie tworzą czytelnicy. Ale sami powiedzcie, czy coś Wam tu nie śmierdzi?

Ps: czy tylko mi zwiastuny „Avengers 2″ oraz „Ant-Mana” nie urywają pośladków? I piszę to jako fan… [Pawlik]

fan

 

DARWIN’S AWARD – śmierć to w kinie rzecz nieodzowna – pojawia się w każdej kategorii, od największych szmir aż po arcydzieła, i w każdym gatunku, od animacji po slasher. Nic dziwnego: nie ma lepszego sposobu na rozklejenie widowni, niż zafundowanie lubianemu bohaterowi dramatycznego zgonu. Niestety, nie wszyscy reżyserowie mają do tego dryg i czasem końcowy efekt, zamiast dramatyczny, jest po prostu śmieszny. I o tym właśnie jest ten wpis: o nagrodach Darwina dla filmowych postaci. Kandydatów jest dostatecznie wielu, by zapełnić nimi niejeden cmentarz: od Jacka w „Titanicu”, który woli zamarzać na śmierć niż położyć się na drzwiach wraz ze swoją ukochaną (nie wyjeżdżać mi z tekstem, że drzwi by ich nie utrzymały: gość nawet nie próbował!), przez Sarumana z „Władcy Pierścieni”, obrażającego i głośno upokarzającego jedyną osobę, która może zrobić mu krzywdę, aż po Charlize Theron w „Prometeusza”, która uciekając przez toczącym się statkiem kosmicznym najwidoczniej zapomniała na śmierć, że da się przecież biegać także na boki. Wśród bohaterów zasługujących na kinową Darwina w osobnej kategorii są oczywiście arcyzłoczyńcy, którzy nie mogą się powstrzymać przed daniem protagoniście co najmniej kilkudziesięciu dodatkowych sekund, zamiast zabić go od razu: Darth Maul chyba dzierży palmę pierwszeństwa, jeżeli wziąć pod uwagę czarne charaktery, które zginęły w kretyński sposób. A w tym roku? Ciężki wybór. Ale Willem Defoe z „Grand Budapest Hotel” z pewnością jest mocnym kandydatem… [Miro]

 

DOJENIE KASY – zawsze mnie ciekawiło, jak to wygląda. Kalifornia, przy basenie siedzi paru dżentelmenów w przeciwsłonecznych okularach i rozmawiają. Jeden mówi, że na filmie zarobią sto milionów dolarów. Drugi oponuje: nie, za sto milionów to mi się nie chce do nikogo dzwonić; zaróbmy dwieście. Trzeci: panowie, szanujmy się – czemu nie trzysta? To jedna opcja. A może kilku geniuszy zarywa noce przy komputerach, by przeanalizować bieżące nastroje społeczne i oszacować potencjalne zyski? To druga z tysięcy możliwości. Prawdopodobnie zwykli śmiertelnicy nigdy nie poznają najgłębszej prawdy. Możemy tylko snuć mgliste przypuszczenia i wierzyć w taką wersję przemysłu filmowego, jaka jest nam przedstawiana. No, chyba że ktoś popada w paranoję i podejrzewa, że daleko za kamerami, reżyserami i producentami stoi rasa superinteligentnych obcych, która zgarnia cały przychód. W sumie to nawet bez paranoi można uznać producentów za dość tajemnicze istoty. Jeśli ktoś oskarża ich o chciwość, najpierw powinien oskarżyć o naiwność i głupotę ludzi, którzy płacą za coś, czego jeszcze nie widzieli. To niezły biznes: klient daje pieniądze za coś, czego nie zna. Gdyby nie szare masy, taki precedens nie przetrwałby długo. Dlatego za powstawanie nędznych, tandetnych (inny synonim: robionych tylko dla kasy) filmów można obwiniać samych siebie. Przyznaj: kiedy ostatni raz dałeś się wydoić i poszedłeś do kina na pokaz beznadziei i głupoty? Moje sumienie wyznaje: byłem na „Hobbicie”. I nie żałuję tego, bo często tępe, przeładowane efektami specjalnymi, wypełnione żałosnym patosem lub najdurniejszym poczuciem humoru filmy sprawdzają się najlepiej, kiedy możemy je obejrzeć z kilkudziesięcioma innymi osobami. Jesteśmy wielką, nieustannie dojoną krową, którą karmią serem robionym z jej własnego mleka. Jeśli jacyś obcy maczają w tym palce (macki), niekoniecznie muszą być superinteligentni. Proste pomysły sprawdzają się najlepiej. Dlatego „proste” filmy sprzedają się tak dobrze. [Krzysiek]

 

DON JON – Jon to dobry chłopak. Ma swoje wartości. Ma swoje przyzwyczajenia. Ważne są dla niego jego mieszkanie i jego samochód. Co niedziela chodzi do kościoła i spowiada się z grzechów popełnionych w ciągu tygodnia. Potem obiad z rodziną. Następnego dnia siłownia, podczas której odprawia zadane Zdrowaśki. Czasem lubi wypić na piwo z kolegami, wyjść do klubu i wyrwać jakąś ósemkę albo nawet dziewiątkę. Jon dobrze wygląda, ma dobry samochód i umie oczarować każdą dziewczynę jaką chce. Jednak gdy już to zrobi, gdy ona śpi, odpala laptopa i zużywa dużo chusteczek przy internetowych filmikach. I jeśli nawet mają tytuł „Baby likes to play with toys” to o żadne słodziuchne bobaski tu nie chodzi. Podobno „Don Jon” porównywany jest w jakimś sensie do „Wstydu”. Moim zdaniem ten drugi jest zbyt sterylny. Nawet pod względem wizualnym. Kojarzy mi się tylko ze sterylnymi, niebieskimi pokojami. „Don Jon” jest szczery. Jest pieprzny. Jest pikantny. Jest nie przegadany – zupełnie odwrotnie niż we „Wstydzie”. Jak dla mnie – choć Levitt dobrze zagrał w tym filmie – to właśnie Johansson zrobiła coś niesmowitego. Mimo że lubię tę aktorkę to na ekranie udało jej stworzyć postać, której życzyłam niemal od początku źle i irytowała mnie z każdą sceną. Swoim zachowaniem, sposobem w jaki się ubiera i wydatnymi ustami. To typowa kobieta, która jedyne co potrafi zaoferować mężczyźnie to swoje wymagania. Tworzy z nim związek oparty na jej przekonaniach, zasadach, dziwnych konwenansach, denerwując się przy tym o byle co. Dużo przedstawicielek „płci pięknej” powinny obejrzeć „Don Jona” chociażby po to, by zdać sobie sprawę, że ma w sobie coś z Barbary. Zobaczyć jak kretyńsko potrafi się zachowywać. Typ dziewczyny, która chce po prostu mieć kogoś, komu może wydawać polecenia. I gdy przychodzi co do czego kończy wszystko, olewając wszelkie wyrzeczenia jakie Jon zrobił. Ale na szczęście to nie film o niej, a o Jonie. A Jon wie, że nie musi zdobywać durnej księżniczki, bo nie o to chodzi z tą całą miłością. Jon wie, że potrzeba porozumienia i wzajemnego szacunku. Jon to dobry chłopak. [Patrycja]

 

Posted in Felietony | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra