Słów kilka

Filmowy alfabet vol. 2 #B

Od czego uzależniony jest Pawlik? Czy długopis zmieniający się w poduszkowiec pozwoliłby Jamesowi Bondowi pokonać Jasona Bourne'a? Jaką dolegliwość leczy się komentarzami na YouTube, a nie aplikowaną w odpowiednie miejsca maścią? I kto jest najlepszym superbohaterem wszech czasów?

Filmowy alfabet vol. 2 #B

BOOM KOMIKSOWYCH EKRANIZACJI – po przełomowym sukcesie filmu Jossa Whedona „The Avengers”, adaptacji opowieści graficznych wysypało jak grzybów po deszczu. Wśród nich królują historie całych super-szajek, takich jak Sinister-Six, czy Suicide Squad, a także tych bardziej pozytywnych drużyn, takich jaks Liga Sprawiedliwych, Strażnicy Galaktyki, Fantastyczna Czwórka (fuj!) czy Inhumans. Po co jednak czekać z budowaniem osobnych uniwersów dotyczących poszczególnych członków drużyn, skoro można wepchnąć znanych i lubianych aktorów w lateksowe kostiumy, licząc że nazwisko sprzeda świeżą (w kinematografii) postać. W ten sposób Will Smith, Tom Hardy i Jared Leto dołączyli do Suicide Squad, Paul Giamatti, Jamie Foxx oraz 4 inne nieznane jeszcze nazwiska stoczą bój z (prawdopodobnie) Ryanem Goslingiem w kostiumie Człowieka Pająka, zaś mocny w ciele i gębie Vin Diesel zasili szeregi Inhumans, tak jak zrobił to już w przypadku Strażników Galaktyki. Dodajmy do tego dziesiątki indywidualnych produkcji, wprowadzających nowych superherosów do kin (Ant-Man, Dr Strange, Black Panther), a wyjdzie nam kilka zaplątanych wątkami uniwersów filmowych, równie imponujących rozmachem, co ich papierowe pierwowzory. Miłośnicy komiksów przeżywają istny orgazm, choć nie brakuje też nieco szokujących nowinek, takich jak obsadzenie Bena Afflecka jako Batmana, Jareda Leto jako Jokera (dla mnie bomba!), bądź zastąpienie Andrew Garfielda jako Spider-Mana nieco starszym aktorem (i, być może, wprowadzenie go do Marvel Cinematic Universe). W skrócie: dzieje się! Premiery kilku komiksowych blockbusterów rocznie rozpisane są na kilkanaście lat do przodu, a ja – pisząc pracę magisterską w tym temacie – musiałem aktualizować dane każdego dnia, z powodu gargantuicznej ilości napływających zewsząd informacji. Wszystkiego ogarnąć nie sposób, a jeśli ktoś nie siedzi w temacie od jego początków, zapewne szybko pogubi się z licznymi powiązaniami, nawiązaniami, rebootami i sequelami. Nadmiar atrakcji w kinach zaczyna dorównywać komiksowemu chaosowi. Nawet jako fan potrafię poczuć się momentami przytłoczony, ale serce roście gdy kolejny news bądź zwiastun wskakuje do sieci. Co prawda przez nagromadzenie ekranizacji komiksów zaniedbałem inne gałęzie filmowej kultury, ale brak czasu spowodował, że wybrałem „zło konieczne” – może i schematyczne, pompatyczne oraz prostackie, ale za to jakże smakowite! Audiowizualny fastfood, od którego można się uzależnić. Wiem, co mówię… [Pawlik]

BOURNE – na początku tego wpisu pozwólcie mi przeklnąć Krzyśka – nowy w ekipie, ledwo dwa teksty na stronie, a już zaklepuje Batmana przede mną i Pawlikiem! No ale że pisze na czas, to nie możemy za mocno narzekać i bierzemy to, co zostało. Skoro sprzed nosa uciekł Człowiek-Nietoperz, skupię się na Jasonie Bournie, najlepszym agencie w świecie X Muzy. Widzę zdziwione twarze… Co? Jaki Bond? Bourne zjada 007 na śniadanie i przepija Ethanem Huntem z „Mission: Impossible”. Trylogia z Mattem Damonem w roli głównej (nie, nie przyjmuję do wiadomości, że „Dziedzictwo” też jest częścią tej serii. Nie jest. NIE. JEST.) to jeden z niewielu przykładów akcyjniaków, które nie traktują swojego widza jak debila: intryga, poza wyświechtanym gorzej niż muszka Korwina motywem amnezji, jest złożona i wymagająca, relacje pomiędzy bohaterami – solidnie rozpisane, a sceny walki, będące przy okazji prawdziwym pokazem improwizacji, której nie powstydziłby się McGyver, zostawiają w tyle nawet „Zagubionych”! Może i 007 jest agentem, którego wszyscy kochamy, może i to on zawsze zdobywa serce damy w opresji i posiada zestaw urządzeń, których nie powstydziłby się Inspektor Gadżet, ale Jason Bourne i tak bez skrupułów skopałby mu tyłek. Mój ulubiony bohater filmów sensacyjnych – i to bez dwóch zdań. [Miro]

BÓL DUPY – to takie okropne zjawisko, które towarzyszy premierze każdego filmu, gry, książki, zestawu LEGO, nowej edycji oryginalnej trylogii „Gwiezdnych Wojen”, ludzików z kasztanów i generalnie wszystkiego co w jakikolwiek sposób można oceniać. Wszyscy wychodzą z założenia, że to oni powinni produkować to na co czekają, więc koniec końców, nikt nie jest zadowolony. Potem wchodzi to na jeszcze wyższy level, bo w komentarzach na YouTube zaczyna się gównoburza między kolejnymi opiniami, z czego niektórzy buldópią o efekt końcowy, inni buldópią o to że ci pierwsi buldópią o efekt końcowy, a potem ci pierwsi buldópią o to, że ci drudzy buldópią o to, że oni buldópią o efekt końcowy, bo przecież każdy ma prawo do opinii. W tym wszystkim rządzi grupa ludzi, którzy lubują się w buldópieniu dla samej przyjemności buldópienia. Ci, którzy mówią, że „Avatar” to nic nie warta, komercyjna i przereklamowana światynia pretensjonalności (to o mnie, to o mnie! :3 – dop. Miro), byliby największymi jego fanami, gdyby film nie odniósł sukcesu (a nie, jednak nie. – dop. Miro). Ot, takie mamy czasy, że wszyscy chcą się wyróżniać, a już zwłaszcza wtedy, gdy nikogo to nie obchodzi. [Kukishor]

BATMAN – ponury, brutalny, rozdarty – to cnoty Mrocznego Rycerza. Tworząc postać Mściciela z Gotham Bob Kane inspirował się między innymi Zorro, Sherlockiem Holmesem czy Drakulą. Nie spodziewał się, że z tego połączenia wyjdzie jedna z najbardziej wyrazistych osobowości w komiksie, a może i w całej popkulturze. W pierwszych odcinkach (1939) Batman zabijał, ale szybko dodano mu kodeks moralny. Posługiwał się swoją inteligencją, znajomością sztuk walki i gadżetami – i to pozostało do dziś. Przez wiele lat był po prostu ciekawym superbohaterem. Wraz z Supermanem wiedli prym w komiksowym uniwersum spod szyldu DC, jednak Ponury Krzyżowiec krył znacznie większy potencjał psychologiczny, co dostrzegł początkujący wówczas Frank Miller. Twórca znany później jako autor „Sin City” czy „300” napisał i narysował „Powrót Mrocznego Rycerza”, który przyczynił się do zaczęcia postrzegania komiksów w kategorii sztuki, przeznaczonej także (a może przede wszystkim?) dla dorosłych czytelników. Człowiek-Nietoperz z kadrów przełomowej powieści graficznej z 1986 roku przypomina złożoną postać z filmów Christophera Nolana – jest rozgoryczonym dziwakiem, który wdziewając czarny strój próbuje leczyć swoje lęki i dać upust gniewowi. Komiks jeszcze bardziej podważa wiarę, że Bruce Wayne prowadzi swoją działalność dla dobra miasta, a nie z czysto egoistycznych pobudek. Oby tylko ten ponury, acz wyważony wizerunek Batmana nie został wypaczony w zapowiedzianej na 2016 rok produkcji „Batman vs Superman: Dawn of Justice”. Narysowana konfrontacja superbohaterów sprawdza się znakomicie, trzeba mieć więc nadzieję, że herosi z DC sprawdzą się na srebrnym ekranie równie dobrze, jak ich koledzy po fachu z konkurencyjnego uniwersum Marvela. [Krzysiek]

BLAIR WITCH PROJECT – wyobraź sobie taka sytuacje. Rok 1999, swiat w ktorym nie ma Facebooka, nie ma iPhonów, hipsterów, emo, ani nawet Cinemacabry (OMG!). Jesteś studentem, na dowolnym amerykańskim koledżu (ale wyłączmy Harvard i Yale – tam podobno się uczą), mieszkasz na kampusie, sielanka, interesują Cię, jak wszystkich, imprezki i generalnie takie, takie. Sytuacja jak z dowolnej modnej wtedy komedii młodzieżowej – kumple zawierający bliższe znajomości z ciastem (dokładniej szarlotka), samo życie. Ale jesteś rozgarniętą (tym bardziej jak na amerykańskie warunki) jednostką. Od pewnego czasu Twoi znajomi jak nakręceni mówią o jakimś filmie, który pokazuje, jak grupa znajomych jedzie do jakiegoś lasu, gdzie koniec końców wszyscy giną, a co najlepsze, film to rzeczywista relacja z ich kamery – film dokumentalny. Slyszales o tym juz wczesniej, na Waszej sieci działającej na kampusie na IRCu od dawna trwają dyskusje o tym filmie, ale nie chciało Ci się czytać. Twoi znajomi maja prawo naiwnie wierzyć w brednie o czarownicy, ktora zakatrupiła grupę znajomych w jakimś lesie, ale nie Ty. „Wszystko może sie przytrafić, nawet te bardzo rzadkie przypadki, ale to jest bardzo rzadkie. Np. małego dinozaura można spotkać” – mówią Twoi znajomi, wierząc w te historie o czarownicy tak naiwnie jak dziecko z pewnego polskiego filmu , którego ani ty, ani Twoi znajomi nie znacie – ale to nie szkodzi. Nawet Twój kumpel, z którym rozmawiałeś przy piwku ostatnio mówił, że przyszłością marketingu mogą być prowokacje, wyreżyserowane akcje. I teraz nawet Twój kumpel od marketingu mówi, że nigdy nie pojedzie w lasy w rejonie Blair, bo wierzy, że ten film jest prawdziwy. O znajomym nerdzie w okularach, którego nikt nie lubi, krąży plotka, że popuścił w bieliznę w kinie. Twoi znajomi wyciągają Cię do kina, przed wyjściem sprawdzasz, co tam na Waszej akademickiej sieci piszą. Otwierasz link, strona o legendzie o wiedźmie z Blair. Legenda trwa już od XVIII wieku, sporo ludzi zaginęło, są jakieś obrazy, ryciny, artykuły – nie no, rzeczywiście, film oparty na jakiejś legendzie. Niby nie tylko legendzie, bo według strony ludzie boją się tych lasów, ale w każdym razie coś w tym jest. A niech stracę, pójdę do kina – myślisz. Pod salą poruszenie, wszyscy gorączkowo dyskutują. Zaczyna się, pierwsza plansza sugeruje, ze film to rzeczywiście znaleziona w lesie Blair kopia. I zdziwienie – film jest dziwnie nakręcony, wszystkie ujęcia z ręki, jakby dokument, tym bardziej, ze bohaterowie gadają o jakichś pierdołach, na które nie ma miejsca w szanujących sie tytułach. Czegoś takiego w kinie jeszcze nie widziałeś, obraz się trzęsie, ciemno jak w dupie u Mu… Eee, Afroamerykanina. Kamera, którą masz w domu, ma taką samą jakość obrazu. Powoli wkręcasz sie w ten film, zaczynasz powoli wierzyć w to, co widzisz. Gdy oglądasz scenę, w której ta blondyna, zapłakana, zasmarkana, gada do kamery, to autentycznie sie boisz, zresztą na całej sali wszyscy dawno przestali szamać popcorn, a napięcie sięga zenitu. Koniec filmu, wśród widzów cisza, a Ty właśnie przestałeś być pewien, że to fikcja. Wracasz na kampus, zaczynasz grzebać w sieci. Zapamiętałeś nazwiska tych studentów, sprawdzasz, co o nich wiadomo w Internecie, znajdujesz nazwisko pierwszego.  „Zaginiony, prawdopodobnie nie żyje”. Niemożliwe… Wpisujesz nazwisko blondyny – wpisane jest to samo. Cała trójka rzeczywiście zaginęła, a to były ich prawdziwe nazwiska! Możliwe, że w tym momencie robisz nawet to samo, co wyśmiany przez wszystkich nerd. To wszystko (spreparowana legenda o czarownicy, linki na sieciach uniwersyteckich, wpisy na szanowanych stronach filmowych mówiące, że występujący tu aktorzy zaginęli, otoczka twierdząca, że wszystkie przedstawione w filmie wydarzenia to prawda – wszystko składało się na jedną z najbardziej błyskotliwych kampanii marketingowych w historii kina. Kosztujący nieco ponad 60 000 USD film zarobił setki milionów dolarów. [Tomek]

 

Posted in Felietony | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra