Słów kilka

fALIENton

Zanim wybrałem się do kina na „Prometeusza” postanowiłem zapoznać się z kultowymi dziełami wybitnych reżyserów, do jakich należą Scott, Cameron, Fincher oraz Jeunet. Ekipa to zaiste zacna i na alienowaty maraton napaliłem się niczym Ewa Gessler na rzeżuchę.

fALIENton

Falienton

Klasyczne dzieło Ridleya Scotta, które przez lata inspirowało wielu innych zdolnych twórców, stało się już praktycznie świętością dla fanów kina science-fiction. Film doczekał się trzech sequeli, opartych na komiksach spin-offów, wielu powieści, gier wideo, komiksowych serii, a od niedawna nawet prequela, który próbuje rzucić światło na tajemnicze początki wyalienowanej planety, na którą trafiła załoga Nostromo. „Prometeusz” wzbudził spore kontrowersje wśród miłośników serii, którzy podzielili się na dwa przeciwne obozy – albo tych, którzy rozpaczają nad głupotą postaci i brakiem logiki w ich postępowaniu, albo na osoby, które przymknęły na to oko i starają się poukładać rzucone im pod nogi fabularne puzzle. Czy rozwijanie mitologii dzieła klasycznego po ponad trzydziestu latach od jego powstania jest przemyślanym zabiegiem? Co z tego, że zajmuje się tym ten sam reżyser – niektórzy mogą to przecież uznać za równoważne z atakiem na indyjską świętą krowę. Na szczęście ja pochodzę z innego, mało komu znanego obozu ignorantów, którzy nigdy wcześniej nie widzieli żadnego obrazu z kanonu o Obcych, całą swoją wiedzę opierając na grach wideo oraz dwóch częściach „Alien vs. Predator” – niespecjalnych zresztą…

Zanim wybrałem się do kina na „Prometeusza” postanowiłem zapoznać się z kultowymi dziełami wybitnych reżyserów, do jakich należą Scott, Cameron, Fincher oraz Jeunet. Ekipa to zaiste zacna i na alienowaty maraton napaliłem się niczym Ewa Gessler na rzeżuchę. Obejrzałem, wyrobiłem sobie opinię i nie czuję się już wyobcowany. Ho-ho-ho!


plakat alien

Obcy – 8. pasażer „Nostromo” (1979)
Reżyser: Ridley Scott
Scenariusz: Dan O’Bannon

Ocena: ★★★★★★★★☆☆ 

Jak wiadomo, film nie należy raczej do najnowszych, a mimo to po dziś dzień zaskakuje jakością zdjęć oraz pieczołowicie wykonanymi rekwizytami i scenografią. Pod względem technicznym „Alien” jest istnym majstersztykiem, podobnie zresztą jak większość filmów Ridleya Scotta. Gęsty klimat i duszna atmosfera mrocznej opowieści rozgrywającej się w kosmosie, gdzie „nikt nie usłyszy naszych krzyków”, sprawiają, że niełatwo wyrzucić z pamięci pierwsze wrażenie, jakie robi na widzu Obcy we wszystkich stadiach ewolucji. Mimo, że bardzo dobrze wiedziałem jak ów niemilec powinien wyglądać, syczący, oślizgły i paskudny do bólu Alien wzbudził we mnie niemałe obrzydzenie. I pomyśleć, że w przyszłości będzie nam dane zobaczyć ich o wiele więcej i w o wiele bardziej nieprzyjemnych sytuacjach… Wygląda jednak na to, że scenarzysta obrazu, świętej pamięci Dan O’Bannon, od początku zamierzał zaszokować publikę, a dokładniej – co ciekawe – jej męską część. Jeśli myślicie, że falliczny kształt głowy Obcego czy fakt, że Facehugger przyczepia się komuś do twarzy i składa mu jajeczka przez szyję są przypadkowe, prawdopodobnie Wasze niewinne umysły nie wyczaiły kryjącego się w tym wszystkim podstępu. Otóż O’Bannon celowo obmyślił m.in. „zapładnianie przez usta”, co widz utożsamiać miał z brutalnym gwałtem oralnym. Ponieważ nie jest to forum psychologiczne, nie zamierzam bawić się w seksuologa i odszukiwać innych freudowskich skojarzeń w stylistyce filmu Scotta – po prostu zaznaczam, że być może wcale nie przeraziły Was ociekające śluzem monstra, tylko obawa o dziewictwo Waszych ust. Zresztą, nie wnikam.


plakat alien 2

Obcy – decydujące starcie (1986)
Reżyser: James Cameron
Scenariusz: James Cameron

Ocena: ★★★★★★¾☆☆☆ 

Im dłużej oglądałem „Decydujące starcie” Camerona, tym bardziej nienawidziłem przereklamowanego „Avatara”. Przecież ten egzoszkielet wyładowczy z finałowej walki jako żywo przypominał AMP Suity z „Tańczącego ze Smerfami”… ach, whatever. O ile pierwszy „Alien” wzbudzał w nas grozę penisoidalnym stworem, który snuł się po statku całując namiętnie każdą napotkaną osobę, o tyle w sequelu postanowiono pójść całkowicie w kierunku akcji. Twórcy zaoferowali nam więc legiony wpienionych obcych oraz gigantyczną królową, nie pałającą zbytnią sympatią do ludzi, którzy wtargnęli do jej siedziby akurat podczas przerwy na herbatkę. Poczucie grozy, mimo iż wciąż obecne, tutaj zostało przysłonięte efektami specjalnymi oraz scenami rzezi – nikt nie starał się ukrywać, że film Camerona ma więcej wspólnego z kosmicznym shooterem niż typowym horrorem sci-fi. Podobnie jak poprzedni obraz, „Decydujące starcie” również cierpiało na monotonię, której tym razem nie maskowano genialnymi zdjęciami (choć kilka perełek wśród ciekawych kompozycyjnie ujęć pewnie by się znalazło, np. królowa wynurzająca się za Newt w kanale, albo Ripley stojąca w łunie światła wspierana bojowo wyglądającym egzoszkieletem). Mimo iż zdecydowanie gorsza od poprzednika, historia miała tu jakiś większy sens, choć – jak to bywa w tego typu filmach – na próżno szukać owego „większego sensu” w poczynaniach bohaterów. Zbieranie nabojów od żołnierzy, bo jeszcze kogoś zaswędzi palec i przypadkowo wysadzi wszystkich w powietrze? Bitch, please. Zgodnie z logiką sequeli, jest więcej, jest głośniej, jest… cóż, moim zdaniem gorzej. Na szczęście „trójeczka” nadrobiła zaległości z nawiązką.


plakat alien 3

Obcy 3 (1992)
Reżyser: David Fincher
Scenariusz: Larry Ferguson, Walter Hill, David Giler

Ocena: ★★★★★★★★¼☆ 

Gdy czytam opinie widzów, którzy uważają „Obcego 3” za skaranie niebios, łapię się za głowę. Poważnie? Przecież ten film jest zdecydowanie ciekawszy od patetycznego dzieła Camerona, a zaszczuty klimat „jedynki” powraca w zupełnie nowym wydaniu. Uwielbiam każdą jedną produkcję Finchera i jeśli miałbym wybierać następcę Nolana przy ekranizacjach Mrocznego Rycerza, David ma mój głos. Nie musicie się ze mną zgadzać, ale w moim odczuciu jest to najciekawszy replay przygód walecznej Ripley. Pomysł z hutą / więzieniem / sekretnym klasztorem jest genialny, rdzawe otoczenie ze starannie dobranym oświetleniem stwarza niesamowity efekt, a sam „psialien” jest ciekawą odskocznią od oryginału. No i ten twist fabularny, o którym wszyscy prawdopodobnie już wiedzą, a który doprowadził do rewelacyjnego finału i do powstania części czwartej… pyszota! Przyjemnie też było natknąć się na młodego Tywina Lannistera, który nie miał wtedy jeszcze na głowie ani wojny o żelazny tron, ani tym bardziej pyskatego karła za syna. Dobra, żarty na bok, bo postać Clemensa jest jedną z ciekawszych w całym filmie, a sposób w jaki rozwinięto jej wątek uważam za równie intrygujący, co perfidny. Produkcja Finchera jest brudna, surowa i pełna specyficznego uroku, ale kto gustuje w klimatach pokroju thrillera „Siedem”, a sam dźwięk słowa „Obcy” wywołuje u niego gęsią skórkę, powinien tylko fikać koziołki z radości, że ten obraz w ogóle powstał. Nieco odmienne zdanie mam na temat czwartej, póki co ostatniej kontynuacji serii, która niczym Chestburster niespodziewanie wyłoniła się pod koniec ubiegłego tysiąclecia.


plakat alien 4

Obcy: Przebudzenie (1997)
Reżyser: Jean-Pierre Jeunet
Scenariusz: Joss Whedon

Ocena: ★★★★★★½☆☆☆ 

Zanim w ogóle podszedłem do tego filmu, na widok dwóch znajomych i lubianych przeze mnie nazwisk – Jeunet i Whedon – na ryłko wskoczył mi szeroki banan. Twórca „Amelii” reżyserował film na podstawie scenariusza (wtedy jeszcze młodego) reżysera „Avengersów” oraz „Domu w głębi lasu”! A na dodatek występują w nim Winona Ryder, Ron Perlman, Brad Dourif i Dominique Pinon… Ludzie, takie coś łykam bez popity! I łyknąłem. Z tym że była to chyba najsłabsza rzecz, do której przyłożył rękę Joss Whedon, a jej feralny scenariusz i horrendalne dialogi śnią mi się w nocy po dziś dzień. Kurczę, kto wpadł na pomysł, żeby do świetniej trylogii dorzucać kontynuację, której główną bohaterką stanie się klon Ripley, powstały z pobranej kilkaset lat wcześniej próbki krwi? I że z tego klona przy którymś podejściu uda się wyciągnąć całkiem zdrowego alienowatego? Którego z kolei zamknie się w pomieszczeniu z innymi okazami, co znacznie ułatwi im szanse ucieczki? Jeśli ktoś wciągnął się w uniwersum wykreowane lata wcześniej przez Scotta i tak prawdopodobnie przymknie oko na idiotyzmy, od których „Przebudzenie” jest pełne, a przy odpowiednio pozytywnym nastawieniu zignoruje nawet teksty pokroju „kogo mam rżnąć, żeby się stąd wydostać” (). Zdecydowanym plusem filmu jest jego klimat, przywodzący na myśl klasyczne dzieła Jean-Pierre Jeuneta, takie jak „Delikatesy” czy „Miasto zaginionych dzieci”. Inna sprawa, że obie te produkcje są niełatwe do strawienia i być może zbyt ambitne jak na moją osobę. Mimo wszystko czwarty Obcy w żadnym razie nie powinien być nazywany kiszką ani „pomyłką, która nigdy nie powinna była powstać”. To faktycznie najsłabsze ogniwo cyklu, ale jest nader sympatyczne w odbiorze. No, gdyby tylko nie ten Pinon piszczący coś pod nosem po angielskawu…


Prometheus-Banner

I tak oto doszliśmy do meritum fALIENtonu, czyli “Prometeusza”, który rewelacyjnymi zwiastunami zdołał rozgrzać niejedno fanowskie serduszko. Pominąłem rzecz jasna obie części „Alien vs. Predator”, ale to z tego względu, że część pierwsza jest zwyczajnie zbyt średnia aby o niej pamiętać, a o drugiej już zdążyłem zapomnieć (a raczej ją podświadomie wyparłem). Jeśli kogoś jednak kusiłoby aby poczytać o „AvP2”, pragnę zaznaczyć iż swego czasu machnąłem stosowną reckę, która wala się gdzieś po Cinemacabrze – odrobina dobrej woli i ją odnajdziecie. Dobrze więc, wróćmy do dania głównego, które z jakiegoś powodu lwia część odbiorców uznała za zbyt żylaste do przełknięcia. Pierwszy zarzut: idiotyzm naukowców, którzy wybrali się z misją odnalezienia pierwotnych konstruktorów gatunku ludzkiego. Ok, w zasadzie przez przypadek wymieniłem też drugi zarzut, czyli kretyńską fabułę, ale po kolei. Filmy takie jak seria „Alien” oraz wszelakie inne horrory, w których występowali tzw. „naukowcy” zdążyły już mnie przyzwyczaić do tego, że większość z nich posiada inteligencję nie większą niż płazy, które kroją dla zabawy w przerwie na lunch. Czułem się w pełni zahartowany m.in. faktem, że w pierwszym „Obcym” ot tak wprowadzono Kane’a do sali jadalnej tuż po tym jak od twarzy odczepił mu się krwawiący kwasem Facehugger. „O, wyzdrowiałeś, to choć na kremówki, musisz umierać z głodu!”. Nikt nie pomyślał, że być może w jego wnętrznościach czai się jakieś zagrożenie, nawet gdyby miał to być zwyczajny, niepozorny, kosmiczny wirusik. O pomysłach zdolnych badaczy z „Przebudzenia” już pisałem – kilku Obcych w jednym pomieszczeniu, a do tego koleś, który próbuje je „oswoić” gorącą parą (albo raczej rozdrażnić, ciężko było jednoznacznie stwierdzić). Idioci są – i zawsze byli – wśród nas. Skąd więc taki flame na załogę Prometeusza?

Pora na mały, nieco spoilerujący quiz. Jesteście zamknięci w dziwnej jaskini, która roi się od bliżej niezidentyfikowanych, przeciekających wazonów, a z kałuży nieopodal was wyłania się macko-wężasto-penisoidalne stworzenie. Co robicie?
a) zachowujecie ostrożność i staracie się zejść mu z drogi
b) nawołujecie kici-kici i próbujecie podać mu łapkę
c) przecieracie oczy ze zdumienia i stoicie w miejscu jak słup soli
Odpowiedzi wybrane przez bohaterów filmu – b) oraz c). No to jedziemy dalej.
Skanery wpuszczone do tajemniczego szlaku jaskiń wędrują po niezbadanych czeluściach przesyłając sygnały o napotkanych formacjach. Nagle jedna z nich przesyła dane o napotkanym żywym obiekcie. Sygnał jest słaby, od czasu do czasu się urywa, ale wciąż uparcie zaznacza na mapie nieznany organizm. Co robicie?
a) zachowujecie ostrożność, wycofujecie swoich ludzi i staracie się zdalnie wybadać rejon
b) uparcie twierdzicie, że sonda uległa awarii i że gówno tam wie
c) kierujecie tam androida, który znajduje tajemniczą postać, po czym wysyłacie tam wszystkich najważniejszych członków ekipy
Cóż… niech następne pytanie rozjaśni Wam nieco sytuację powyższej zagwozdki. Jesteście umierającym multimilionerem, który finansuje wyprawę w kosmos aby odnaleźć ślady przodków ludzkości. Ponadto, stać was na drogie urządzenia potrafiące w trymiga zregenerować ludzkie ciało, a być może mogące w jakiś sposób przedłużyć jego datę ważności. Dowiadujecie się, że android wysłany do jaskiń odnalazł tajemniczą postać w jej czeluściach. Co robicie?
a) zachowujecie ostrożność, wycofujecie swoich ludzi na pokład, próbujecie zdalnie nawiązać kontakt z obcym mając przygotowany statek do natychmiastowej ewakuacji w razie problemów
b) olewacie typka, opijacie szampana za jego zdrowie, wracacie na Ziemię i próbujecie przedłużyć sobie żywotność w ultra-drogiej i hiper-skomplikowanej machinie
c) zabieracie ze sobą wszystkich najważniejszych przedstawicieli z drużyny i udajecie się do tajemniczej postaci aby pogadać o życiu, śmierci i dupie Lady Gagi
I co, jak tam odpowiedzi? Uważacie, że wybraliście najrozsądniejsze rozwiązania? To teraz domyślcie się co odwalili nasi drodzy „naukowcy”…

Fabuła obrazu wydaje się również mocno naciągana, ale jej meandry pozostawię nietknięte, co by Wam więcej nie spoilerować. Pewnie i tak niektórzy zdążyli już strzelić focha za powyższy akapit, ale obiecuję – żadnych więcej spoilerów. Podobnie jak w przypadku poprzednich części, akcja rozkręca się bardzo powoli, ale jak przystało na film Scotta, jest tu na czym zawiesić oko. Zdjęcia naszego rodaka, Dariusza Wolskiego, są fenomenalne i zaraz obok aktorstwa stanowią najjaśniejszy punkt produkcji. Chyba po raz pierwszy żałowałem, że nie wybrałem się na seans do sali IMAX – tam to dopiero musiałyby być wrażenia! Wspomniałem też o aktorstwie, którego wysoki poziom szybko odsiewa genialnych aktorów od żołtodziobów. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim Michael Fassbender wcielający się w rolę androida, Davida. Jest tak syntetyczny i pozbawiony emocji, że dorównać mu mogą chyba jedynie bracia Mroczkowie. W tym wypadku to zdecydowana zaleta, a brak oscarowej nominacji za rolę drugoplanową uznałbym na jego miejscu za potwarz. Świetnie spisała się także Noomi Rapace jako Elizabeth Shaw, kreowana na współczesną Ripley, a także Charlize Theron idealnie odgrywająca zimną su… apatyczną właścicielkę statku, pannę Vickers. Efekty specjalne oraz scenografia również zasługują na gromki aplauz, ale Scott już nas do takiego stanu rzeczy przyzwyczaił. Musi jedynie znaleźć sobie lepszego scenarzystę, bo Jon Spaihts oraz Damon „Zagubiony” Lindelof zdają się mieć zbyt duże ambicje jak na swój talent.

Podsumowując, „Prometeusz” bywa monotonny, scenariusz suma summarum jest mocno średniawy, a zachowanie naukowców (w tym archeologów i geodetów) sprawia wrażenie, że całą wiedzę wynieśli z wikipedii, a kursy BHP spędzili grając w makao. Z drugiej strony, strona audiowizualna filmu absolutnie wgniata w fotel, aktorstwo nie pozostawia widza obojętnym, a duszny klimat serii, choć mocno stłamszony, pobrzmiewa gdzieś w tle. Ridley Scott twierdził niedawno w wywiadach, że powrót do kina sci-fi dobrze mu robi na cerę, więc gdy tylko skończy prace nad kontynuacją „Blade Runnera”, jest szansa, że zabierze się za sequel „Prometeusza”. Samo zakończenie filmu pozostawia na tyle duży niesmak, że część druga wydaje się być niezbędna. Jeśli przed podejściem do dzieła Scotta mieliście mnóstwo pytań o uniwersum „Obcego”, lista tylko się Wam powiększy. Jeżeli więc twórcy zrobią z tego (powiedzmy) trylogię i w finale zamkną wszystkie fabularne wrota jakie pootwierali tym prequelem, będziemy w stanie wybaczyć im „teaserową” formę prometejskiego scenariusza. Zobaczyć ten film jak najbardziej można – a jeśli jest się wielbicielem serii, to nawet się powinno – jednak bądźcie świadomi, że głód poznania pewnych nurtujących sekretów tylko Wam się wzmocni. No, chyba że skupicie się na niedoróbkach tego projektu, bo wtedy nie pozostanie Wam nic innego, jak wzniecić kolejny internetowy flame.

ZONK
obrazek prometeusz


Prometeusz (by Alek)

Prometheus banner

„Prometeusz” Ridleya Scotta w oczach wielu wielbicieli kina miał być niepodważalnie najważniejszym tytułem 2012 roku, a dzień jego premiery świętem kina. Mistrz kina science fiction, autor „Łowcy Androidów” i „Obcego – ósmego pasażera Nostromo”, powraca do tego gatunku wraz z prequelem opowieści o homoidalnym Xenomorphie. Świat zobaczył „Prometeusza” już kilka miesięcy zanim obraz wszedł na ekrany polskich kin. Krytyka przemówiła niemalże jednogłośnie. I ogłosiła klęskę Scotta.

Tytułowy „Prometeusz” to statek kosmiczny, którym specjalna ekspedycja wyrusza na odległą planetę, wierząc, że odnajdzie tam stwórców ludzkości. Cały sens wyprawy opiera się na badaniach pary naukowców – Elizabeth Shaw (Noomie Rapace) i Charlie’ego Hollowaya (Logan Marshall-Green) – którzy w powtarzającym się schemacie gwiazd z malowideł z wielu różnych, niezależnych od siebie starożytnych cywilizacji „zauważyli” zaproszenie do wizyty. Nad wyprawą czuwają przedstawicielka firmy sponsorującej – zimna jak lód Meredith Vickers (Charlize Theron) – oraz niezwykle praktyczny android David (Michael Fassbender). Pozostali uczestnicy ekspedycji, pomijając luzackiego kapitana Janka (Idris Elba), nie wyróżniają się szczególnie, stanowią jedynie swoisty worek potencjalnych ofiar dla potwora, który – oczywiście – wejdzie do gry. „Prometeusz” od samego początku imponuje charakterem i klimatem. Od pierwszych ujęć reżyser zaraża nas niepokojem, strachem. Z każdym kolejnym krokiem ekspedycji klimat robi się coraz gęstszy, napięcie rośnie. Co więcej, Scottowi udaje się utrzymać napięcie i ciekawość widza do samego finału.

Oczywiście lwią część roboty odwalają specjaliści światowej klasy od strony technicznej. Zdjęcia Dariusza Wolskiego robią oszołamiające wrażenie zarówno w szerokich ujęciach jak i w zbliżeniach. Polski operator inteligentnie dawkuje światło, tworząc intrygujący, mroczny klimat. Niepokój wzmaga zaskakująco dobra kompozycja Marca Streitenfelda (tak, to ten człowiek stworzył tak katastrofalnego „Robin Hooda”) z kilkoma wpadającymi w pamięć motywami. Oczywiście w czasie seansu wybrzmiewa również motyw „Obcego” autorstwa Jerry’ego Goldsmitha, nawiązując do arcydzieła sci-fi z lat 80’ (nie zaskakuje również wątek bezpośrednio powiązany z „Obcym”). Imponują również perfekcyjne scenografia i kostiumy (Janty Yates po raz kolejny potwierdza, że nie ma sobie równych) oraz efekty specjalne. Nieźle we wszystkim odnajdują się aktorzy. Pierwsze skrzypce gra Michael Fassbender. W roli Davida jest na przemian kojący i niepokojący. Potrafi przerażać i uspokajać. Bez problemu przekonuje widza, że jego postać nie jest człowiekiem, lecz stworzonym przez człowieka androidem. Hipnotyzuje elegancka Charlize Theron, potrafi śmieszyć zawadiacki Elba. Niestety o wiele więcej wątpliwości budzi strony merytoryczna i fabularna filmu.

Ridley Scott poszukuje w „Prometeuszu” odpowiedzi na wszystkie podstawowe pytania. Kim jesteśmy? Kto nas stworzył? Po co zostaliśmy stworzeni? Czym jest człowieczeństwo? Co różni ludzi od innych stworzeń? Czy istnieje Bóg? A może światem rządzi niczym nieograniczona biologia, mutująca tu i ówdzie różne kody DNA? Scott leci po łebkach i wielu napoczętych wątków nie rozwija. Skupia się na definiowaniu naszego człowieczeństwa, zwracając uwagę na refleksje androida, zderzając je z myślami ludzi. Istotę ludzkości widzi w ciągłym pytaniu, poszukiwaniu, podważaniu rzeczywistości. Jeżeli spojrzymy na „Prometeusza” z tej perspektywy to możemy dojść do wniosku, że cały chaos scenariuszowy jest zaplanowany. Multum niedokończonych spraw, sytuacji, myśli – czy to nie najlepiej obrazuje ludzką naturę? Czy niemożność odpowiedzenia na liczne zadane pytania nie jest niezmiernie ludzka?

Takie rozwiązanie miałoby sens. Jednak w „Prometeuszu” nie ma. Jeśli Scott chciał, aby cała konstrukcja filmu miała wchodzić w interakcję z fabułą, to powinien w pewien sposób zwrócić na to uwagę. Wymagałoby to również zupełnego wyeliminowania logicznych wątpliwości, czy wręcz absurdów fabularnych, których w „Prometeuszu” z każdą minutą coraz więcej. Ostatecznie, niezależnie od zamysłu twórców, „Prometeusz” sprawia wrażenie niedopracowanego, niechlujnie napisanego, być może źle zmontowanego filmu. Mimo wszystko nie mogę się zgodzić z zupełnym przekreśleniem nowego filmu Scotta. Pomijając liczne scenariuszowe niedociągnięcia i rozczarowujące rozważania reżysera, to wciąż mocne kino rozrywkowe, imponujące wizualnie, angażujące widza od początku aż do samego końca. W sam raz na raz.

Posted in akcja, Felietony, horror, Recki, sci-fi | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra