Słów kilka

Detektyw

„Detektyw” to pierwszy serial, który chociaż w pewnej części wypełnił ziejącą dziurę po „Breaking Bad” - ba, jeżeli porównać początkowe odcinki dzieła Gilligana i Pizzolatto, to wygrywa ten drugi. Jednak o ile historia Waltera White'a rozkręcała się z czasem, zostawiając najlepsze na fenomenalny piąty sezon, tak tutaj reżyser buduje u widza apetyt, którego zaspokoić niestety nie potrafi.

Detektyw

Minął niecały miesiąc od momentu, w którym po raz pierwszy zobaczyłem „Detektywa” w akcji i zaznajomiłem się z Rustinem Cohlem oraz Martinem Hartem. W momencie, gdy piszę te słowa, już zniknęli ze świata telewizji. Dzieło Nica Pizzolatto w pewnym stopniu wykonało zadanie niemożliwe – wypełniło serialową pustkę, która męczyła mnie od chwili, w której pokazały się końcowe napisy ostatniego odcinka „Breaking Bad”. Co prawda to nie ten sam poziom – o ile twórcy nie porzucą pomysłu kręcenia każdego sezonu z inną obsadą, to nigdy do niego nie dotrą – ale była to miła odmiana po kolosalnym rozczarowaniu, jakim okazała się być nowa seria „Sherlocka”. Widząc, z jakim kunsztem reżyser kreuje postaci, rozpisuje dialogi i misternie buduje całą sprawę, nie mogłem się doczekać, by zobaczyć, jak cała historia się zakończy. Niestety, prawdziwych facetów poznaje się po tym, jak kończą. „Detektyw” skończył się ledwo przyzwoicie.

Najpierw jednak trochę należnego słodzenia. Za odkrycie przede mną tej nowej produkcji HBO należą się podziękowania moim dwóm kumplom – bez nich zapewne znowu, tak jak w przypadku „Breaking Bad”, dowiedziałbym się o serialu już po finale, a każde wejście na jakiekolwiek związane z nim forum byłoby uniemożliwione przez czyhające wszędzie spoilery. Cała pierwsza seria zamknęła się w dwóch miesiącach, ale na szczęście złapałem bakcyla jeszcze przed premierą siódmego odcinka i szybko nadrobiłem zaległości. A było co nadrabiać – choć pierwszy sezon „Detektywa” nie powala swoją długością, to ze względu na rozbudowany scenariusz każdy, kto zobaczy wyrwaną z kontekstu scenę nie ma zbyt wielkich szans, by zrozumieć, o co chodzi w całej historii.

Ta do szczególnie skomplikowanych w swoich fundamentach nie należy. Na dzień dobry poznajemy duet detektywów, tradycyjnie już pasujących do siebie tak, jak rtęć do pączków. Rustin Cohle to samotnik o poglądach, które z góry klasyfikują go jako pesymistę ze skłonnościami samobójczymi. Kilka lat temu stracił córkę, odeszła od niego żona, a on sam od tego momentu poświęcił się pracy w policji. Martin Hart to zaś jego kompletne przeciwieństwo – ma dwie córki i piękną żonę. Niepałający do siebie miłością partnerzy trafiają na miejsce zbrodni – ofiara, była prostytutka, została nafaszerowana LSD i metamfetaminą (Walter, czy to ty?), zgwałcona, zamordowana i porzucona na polu. Nie próbowano jej jednak ukryć: wręcz przeciwnie, zabójca zrobił z morderstwa prawdziwie mistyczny teatrzyk. Rust od początku jest przekonany, że to seryjny morderca. Wkrótce okazuje się, że cała sprawa zatacza znacznie szersze kręgi, a możliwie powiązani z nią ludzie jednym głosem mówią o Królu w Żółci oraz o tajemniczym miejscu, zwanym Carcosą.

Wydarzenia te mają miejsce w 1995 roku, my zaś jednocześnie śledzimy przesłuchanie, jakiemu poddawani są Cohle i Hart w siedemnaście lat po zakończeniu swego śledztwa. W jego toku odkrywamy skomplikowane i zazwyczaj bolesne relacje pomiędzy głównymi bohaterami, a także szczegóły całej sprawy, która wraz z kolejnymi odcinkami wygląda coraz to bardziej dziwacznie i niepokojąco. Jako że obaj detektywi nie zawsze są szczerzy wobec tych, którzy ich przepytują, my także zaczynamy mieć wątpliwości odnośnie tego, komu w zasadzie powinniśmy tutaj wierzyć. Jakkolwiek jednak ciekawie nie brzmiałaby wspomniana zbrodnia, to nie ona ma tutaj pierwszeństwo.

Pawlik nazwał „Detektywa” „najlepszym nudnym serialem”, ale nie do końca mogę się z nim zgodzić. Oczywiście, brak tu akcji na każdym kroku, ale to nie zmienia faktu, że sama historia wciąga z siłą setki Krakenów. Jej podstawą są jednak przede wszystkim absolutnie rewelacyjnie rozpisani bohaterowie. HBO będzie musiało się nieźle postarać, by zrobić postaci, w które wsadzi więcej krwi i kości, niż w Rusta i Marty’ego! Owszem, przez skupienie się na tym duecie nieco gorzej wypada drugi plan, ale skoro ma się do dyspozycji niecałe osiem godzin materiału, trudno zadowolić wszystkich. Dwójka grająca pierwsze skrzypce za to pokazuje wszystkim innym scenarzystom, jak powinno się tworzyć charaktery do swoich opowieści. Nie ucieka w utarte schematy: brak tutaj tradycyjnego, zmęczonego życiem staruszka i energicznego żółtodzioba. Zamiast nich pojawia się Martin, z pozoru zwyczajny facet, który z każdym odcinkiem pokazuje swoje ciemniejsze strony, oraz Rust. Ten to już materiał na osobny artykuł – dawno nie widziałem tak interesującego bohatera! O ile Hart nie fascynuje tak bardzo, bo przejawia całe spektrum ludzkich emocji, tak już Cohle wyzbywa się współczucia, empatii oraz żalu. McConaughey w jego skórze, z bardzo charakterystycznym (momentami irytującym) zaciąganiem poszczególnych wyrazów, kradnie dla siebie każdą scenę. To niesamowicie przygnębiająca, złożona i intrygująca postać. Jego monologi – niezależnie od tego, czy opowiada o tym, że ewolucja to największy błąd w historii, że religia to opium dla mas i że ma nadzieję, że śmierć to rzeczywiście koniec naszej podróży – są ozdobą tego serialu. Dość powiedzieć, że to właśnie przy jednym z nich po raz pierwszy od dawna zdarzyło mi się wpatrywać w ekran z otwartą na oścież szczęką… i zauważyłem to dopiero po pięciu minutach!

Oczywiście nawet najlepiej rozpisani bohaterowie byliby niczym bez odpowiednich aktorów. Na szczęście tak Woody Harrelson, jak i Matthew McConaughey spisują się wyśmienicie. Ten pierwszy renomę ma już wyrobioną: występował u Olivera Stone’a („Urodzeni mordercy”), braci Coen („To nie jest kraj dla starych ludzi”) czy Milosa Formana („Skandalista Larry Flint”). Z odpowiednim kunsztem tworzy Martina ze wszystkimi jego słabościami i złymi nawykami. Wymięka jednak przy McConaughey’u. Skąd w ogóle wyskoczył ten facet? Jeszcze do niedawna grywał w „Duchach moich byłych” i „Jak stracić chłopaka w 10 dni”! Swego czasu kategorycznie odmówiłem recenzowania „Uciekiniera” tylko ze względu na jego nazwisko w obsadzie! A teraz, po dekadzie – Oscar, angaż u Scorsese’a i pierwszoplanowa rola u Nolana. Jestem jednak pewien, że to „Detektyw” będzie po latach najbardziej chlubną pozycją w CV aktora. Rust w rękach innego z pewnością straciłby sporo ze swego magnetyzmu, bo McConaughey oddaje go wprost wybitnie. Nie przeszkadza nawet owo charakterystyczne, teksańskie zaciąganie.

Kolejnym wyjątkowo mocnym punktem jest kreowany przez reżysera klimat. Ciężki, depresyjny, skąpany w szarych kolorach – zdjęcia Luizjany pasują tutaj jak ulał. Te wszechobecne ubogie rodziny, wędrowne kościoły, zdradliwe bagna i unoszące się gdzieś w oddali dymiące kominy – trudno byłoby sobie wyobrazić lepsze miejsce na sektę dokonującą rytualnych morderstw. Połączcie to z dziwacznymi, okultystycznymi przedmiotami, namawiającym do zbiorowego samobójstwa Rustem oraz moralnymi zasadami, których po prostu nie ma. Ach tak, jeszcze muzyka! W „Detektywie” pojawiają się zarówno utwory stworzone na potrzeby serialu przez T-Bone’a Burnetta, jak i te stworzone znacznie wcześniej. Te drugie stają się ozdobą szczególnie końcówek odcinków: mamy tutaj rock (13th Floor Elevators), metal (Melvins), trochę elektroniki, a w czołówce (zdecydowanie zbyt długiej) nawet country! Wszystkie te elementy da się należnie docenić dzięki powolnemu tempu całej produkcji. Ale nie łudźcie się – są momenty, w których tempo przyśpiesza, i wtedy reżyser także sprawuje się na medal. Na zachwyt szczególnie zasłużyło sobie słynne sześciominutowe ujęcie z czwartego odcinka, w którym mimo strzelanin, bójek i ucieczek wszystko pracuje jak w szwajcarskim zegarku. Rewelacja!

A więc – róża bez kolców? Do ostatniego odcinka byłem skłonny tak stwierdzić. Poza nieco męczącą za którymś razem czołówką „Detektyw” praktycznie pozbawiony jest większych wad. Niestety, wszystko zmienia się przez ostatnią godzinę. Nie zrozumcie mnie źle – „Dexter” udowodnił, że serial można zakończyć znacznie gorzej, a „Detektyw” do tego poziomu nawet się nie zbliża. Ale… liczyłem na coś więcej niż przyzwoite końcowe 60 minut. Zbyt wiele wątków pozostało bez zamknięcia, zbyt wiele ze scenariusza, dotychczas bezbłędnego, obudziło we mnie grymas niezadowolenia. Owszem, gdy przejrzymy fora fanowskie, znajdziemy od groma możliwych wyjaśnień z rozbudowaną symboliką. Ale według mnie nie tak to wszystko powinno się zamknąć. Gdyby „True Detective” dobiegł końca w takim stylu, jak właśnie „Breaking Bad” – z klasą i z całkowitym szacunkiem dla widza – Rusta i Martina żegnałbym ze łzami w oczach. No dobra, Rusta i tak żegnam ze łzami w oczach. Ale tylko ze względu na wyczyny w poprzednich epizodach!

Posted in dramat, kryminał, Recki, thriller | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra