Słów kilka

Być jak Kazimierz Deyna

Bardzo dobra, dopieszczona i – słowo klucz - ZABAWNA polska komedia, którą zdecydowanie polecam wszystkim tym, których drażnią modernistyczne twory ze słowami „kotku”, „wawa” czy „Karol”. I nie, nie mam tu na myśli produkcji o naszym papieżu.

Być jak Kazimierz Deyna

WSTĘPNIAK
Gdy wracam do starych polskich filmów, które mnie bawią i relaksują – a mam na myśli tytuły takie jak: Kiler, Chłopaki nie płaczą itd. – zastanawiam się gdzie w dzisiejszych czasach podziały się przyzwoite polskie komedie? Takie, do których chce się wracać i oglądać je po stokroć. Tocząc bitwę intrapersonalną doszedłem w końcu do wniosków, które wcale nie napawają optymizmem. Otóż, są dwie wersje odpowiedzi na to nurtujące ludzkość pytanie. Pierwsza – zapisano je na płytach DVD i Blu-ray, zamknięto w plastikowych pudełkach i wyłożono na sklepowe półki. Druga – położono je na półkach telewizyjnych archiwów, a od czasu do czasu są one wyciągane i emitowane w telewizyjnych pasmach powtórkowych. Przykre, ale prawdziwe.

Oczywiście, zaraz podniosą się głosy sprzeciwu, że to nie prawda, że polskie komedie nadal powstają i bawią do łez, a ja się bezpodstawnie czepiam. Może i tak, tylko niech ci obrońcy polskiej komedii wymienią mi przynajmniej trzy stworzone współcześnie zajebiste twory, na których można się popłakać ze śmiechu. Jeśli ktoś coś znajdzie, zapraszam do komentarzy. W mojej ocenie jedną z najlepszych rodzimych komedii ostatnich lat, jest film… Chłopaki nie płaczą w reżyserii Olafa Lubaszenko. Od czasu, gdy ta produkcja pojawiła się na ekranach naszych kin, minęło bagatela dwanaście lat. Żadnemu twórcy z kraju nad Wisłą przez ten okres nie udało się stworzyć lepszej komedii. Mistrz Juliusz Machulski w 2001 roku wypuścił „Pieniądze to nie wszystko” i chyba tak naprawdę, ten film mógłbym postawić na równi z „Chłopakami”. Polska komedia umarła w roku 2001 i przez ostatnie jedenaście lat scenarzyści i reżyserzy usilnie próbują przywrócić ją do życia – choć, niestety, z dość miernym skutkiem.

Dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że nasi twórcy chcą za wszelką cenę tworzyć komedie w stylu amerykańskim? A może dlatego, że dobre pomysły już im się skończyły i polskie komedie w ogóle robione są na siłę? A nuż współczesny widz jest zbyt wymagający i wymaga rozrywki na wyższym poziomie? Zacznę może od końca – moim zdaniem statystyczny polski widz staje się zwyczajnie coraz głupszy (bez urazy). Gdy pojawiają się takie filmy, jak „Wyjazd integracyjny”, „Wojna męsko – żeńska” czy „Kac Wawa” idzie on do kina, a wychodząc po seansie mówi, że „dawno się tak nie ubawił”. Dlaczego? Ano dlatego, że dzisiaj w kinach widz śmieje się w momencie, gdy do żenującej sceny dodane zostają kultowe wulgaryzmy pokroju “kurwa”, “chuj”, czy “ja pierdolę”. Gdy pada taki “urozmaicony” cytat, zazwyczaj cała sala wybucha śmiechem, jakby nie wiadomo co takiego wydarzyło się właśnie na ekranie. Sam byłem świadkiem takiej reakcji, na seansie „Wyjazdu integracyjnego”. Czysta kwintesencja żenady. Podobne reakcje zauważyłem również na „Weekendzie”, ale ten film – mimo wszystko – uważam za niezły. Nie jest to wprawdzie polska perełka komediowa i mam do niej wiele zastrzeżeń, ale reżyserowi (Cezaremu Pazurze), udało się w jakiś sposób sparodiować hollywoodzkie produkcje, więc poniekąd osiągnął zamierzony cel.

Czytając ten tekst możecie pomyśleć, że niekiedy zaprzeczam sam sobie. W końcu napisałem wcześniej o „Chłopakach”, których uważam za jedną z najlepszych komedii ostatnich lat, a przecież także i w tej produkcji bluzgi latają czwórkami na ekranie. Nie da się zaprzeczyć, ale film Olafa tym się różni od obecnych komedyjek, że teksty Freda, Gruchy czy Bolca cytujemy po dziś dzień, zaś grypsy bohaterów NOWYCH komedii zapominamy po wyjściu z kinowej sali (podobnie zresztą jak ich samych). Zaś co do „amerykańskości” naszych produkcji i braku pomysłów na scenariusze, obydwa elementy mają ze sobą wiele wspólnego. Pierwszy z brzegu przykład – film „Ciacho”, stylizowany na hollywoodzkie kino, okazał się kompletnym niewypałem. Dlaczego? Scenariusz jego jest do dupy, a sama akcja dobijająco denna. Nie wystarczy zatrudnić kilku znanych aktorów, żeby osiągnąć sukces – potrzebny jest także oryginalny pomysł, którego w tym przypadku zabrakło. Dalej, wspomniany przeze mnie wcześniej „Wyjazd integracyjny” – kolejne polskie kinematograficzne nie śmieszne gówno. Ten film zawiera wszystkie negatywne elementy „Ciacha”, znani aktorzy, denny scenariusz etc. Podobny schemat prezentuje również „Fenomen”, którego to także miałem “przyjemność” oglądać. Ach, jest jeszcze „Ryś”… Boże, widzisz i nie grzmisz! Stanisław Bareja, twórca “Misia”, którego to ten nieudany eksperyment miał być kontynuacją, najpewniej w grobie się przewraca. Tym zaś powinien czerwienić się ze wstydu, że wydał na świat taki szajs. Przykładów polskich komediowych shitów mógłbym podać jeszcze więcej (chociażby „Los Numeros”), jednak szkoda mi na to miejsca.

Od wielu lat rodzimi filmowcy zalewają nas także kom-romami (czyt. komediami romantycznymi) takimi jak: „Dlaczego nie”, „Ja wam pokażę” czy „Jeszcze raz” – ale to już jest temat na osobny, pełen goryczy wpis. Jeśli macie ochotę obejrzeć dobrą polską komedię, wybierzcie tytuł, który powstał najpóźniej w 2001 roku – na późniejsze produkcje zwyczajnie szkoda czasu i prądu. Ciekawe czy któregoś pięknego dnia będziemy się jeszcze cieszyć dobrymi polskimi komediami? Na chwilę obecną, w tej sprawie jestem pesymistą, ale jak głosi klasyk: “Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”. Czekam zatem, aby te lepsze dni nadeszły.


Hura znalazłem!
Jakiś czas temu płakałem nad stanem dobrej niegdyś polskiej komedii, której próżno obecnie szukać w sieci czy kinach. Mawia się jednak, iż nadzieja umiera ostatnia. Wziąłem sobie te słowa mocno do serca i „wyruszyłem” na poszukiwania. Dzięki wytrwałości i męczeniu się na kolejnych polskich gniotach, wreszcie mogę zakrzyknąć – hura znalazłem! Jest w końcu ten upragniony, śmieszący mnie film, na który czekałem długie lata. A tytuł jego brzmi: „Być jak Kazimierz Deyna”.

Na początku był mecz…
Kazik rodzi się w 1977 roku, w dość niecodziennych okolicznościach. Jego szpitalny płacz zagłuszają kibice piłkarscy, którzy oglądają i przeżywają mecz Polska – Portugalia. Bramkę dla „Orłów” zdobywa wówczas Kazimierz Deyna (tak, imię głównego bohatera filmu nie jest tutaj przypadkowe). Wprawdzie były to czasy, gdy kobiety zalewały się łzami oglądając „Niewolnicę Isaurę”, a dzieciom na chrzcie nadawało się imiona bohaterów tego jakże kultowego serialu. Ojciec Kazika był jednak nieugięty w tym temacie i jego syn musiał mieć na imię tak samo, jak jego piłkarski idol. Oczywiście chciał on także, aby pierworodny został któregoś dnia prawdziwą gwiazdą futbolu. Życie pisze jednak różne scenariusze… a jaki stworzyło dla Kazika?

Majstersztyk!
Reżyserką „Być jak Kazimierz Deyna” jest Anna Wieczur–Bluszcz i jest to jej filmowy debiut. Asystentem reżyserki oraz odtwórcą roli ojca Kazika jest jej mąż, Przemysław Bluszcz, którego filmowy bohater jest niezwykle pozytywną i zabawną postacią. Akcja filmu co prawda rozpoczyna się w latach siedemdziesiątych, ale życie na ekranie toczy się bardzo szybko. Dochodzi do przemian ustrojowych – pada komunizm, a raczej socjalizm, i rodzi się kapitalizm, w którym nasi bohaterowie muszą się jakoś odnaleźć. Stefan jest osobą, która potrafi dostosować się do panujących reguł. W tym miejscu należy wspomnieć dziadka Kazika (fenomenalny Jerzy Trela), który jest wrogiem wszystkiego co czerwone – słucha zatem radia Wolna Europa i głosi propagandowe hasła: „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. Jak łatwo się domyślić, nie darzy wielką miłością swojego zięcia, który zachowuje się jak chorągiewka na wietrze. Ciekawy zestaw osobistości, prawda? Och! Zapomniałbym – jest jeszcze matka Kazika. Tę postać gra Gabriela Muskała, do której z każdą jej rolą coraz bardziej się przekonuję. Jej byt na ekranie powoduje wielkie salwy śmiechu i ból brzucha (z tegoż powodu). Postać, w którą przychodzi jej się wcielać – Zosia – jest kochającą i trochę nadwrażliwą matką. Jest komicznie słodka i nieporadna, ale ma także drugą twarz (przekona się o tym chociażby pewien lekarz, ale o tym wiedzą tylko wtajemniczeni). Istny aktorsko-reżyserski majstersztyk! Celowo nie wspominałem przy zachwytach o roli Kazika, w którego wcielił się Marcin Korcz – ot, jakoś niespecjalnie mi podpasował. Główny bohater powinien być najważniejszą postacią w całej opowieści i fabularnie jest, aczkolwiek aktorsko został przyćmiony przez resztę kadry. Filmowy Kazik stwierdza: „nie byłem komunistą i nie jestem kapitalistą”. Korcz również wydaje się być taki niezdecydowany. Taki… nijaki.

Bitchin’, ale wyczyn!
Kazimierz na naszych oczach dokonuje istotnych wyborów, dorasta, przeżywa pierwsze miłostki. Na własne oczy widzimy jak on i jego otoczenie zmieniają się nie do poznania. Niezmienne jest jedno, wciąż towarzyszy mu piłka nożna. Zatem można by orzec, że dzieło Anny Wieczur–Bluszcz to komedia z piłką nożną w tle (na co wskazywałby nawet plakat produkcji). Najważniejsze jest jednak to, że twórcom udało się przez cały film utrzymać równy humorystycznie poziom, którego dawno nie zasmakowaliśmy. Dokonano tu nie lada wyczynu, który może być wzorem dla innych polskich twórców zmagających się z komediowym gatunkiem. Wyczynem jest także stworzenie klimatu tamtych lat. „Być jak Kazimierz Deyna” napawa optymizmem i nadzieją, że idą dobre czasy, bez seksu, wódki i kaca [zdefiniuj proszę „dobre czasy” xD – dop. Pawlik]. Jest za to rodzinnie, optymistycznie i z refleksją. Debiut w istocie świetny, czekamy zatem na kolejne, równie udane dzieła!


ZONK

Posted in komedia, obyczajowy, Recki | Tagged , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra