Słów kilka

Brud

Zdecydowanie poważniejszy niż zapowiadały zwiastuny, "Brud" oferuje przede wszystkim rewelacyjną drugą połowę seansu i Jamesa McAvoya w życiowej formie.

Brud

Chory, zwariowany, dziwaczny, dziki, nieczysty, mroczny, szokujący, obsceniczny, kontrowersyjny… Jeśli widzieliście jeden ze zwiastunów „Brudu”, to właśnie te (i parę innych określeń) pojawiało się przez pierwsze sekundy na ekranie, by dać nam przedsmak tego, czym właściwie jest pierwsze poważniejsze dzieło w dorobku reżysera Jona S. Bairda. Szkoda tylko, że późniejsze sceny przedstawiały nam fałszywy obraz tego filmu. Miała być zwariowana, zabawna jazda bez trzymanki, wypełniona po brzegi czarnym humorem – tymczasem dostaliśmy coś diametralnie innego. Ale z pewnością nie gorszego.

Zresztą cała kampania reklamowa „Brudu” powinna trafić do podręczników jako przykład roboty spartolonej pod każdym względem. Pomijając okraszone dyskotekową muzyką trailery, które prezentowały tylko i wyłącznie elementy komediowe, pod topór powinien trafić także grafik odpowiedzialny za plakat (dawno nie widziałem czegoś tak brzydkiego na ścianie kina…) oraz osoby porównujące dzieło Bairda z kultowym już „Trainspotting”. Oczywiście, parę podobieństw by się znalazło – miejsce akcji oraz autor literackiego pierwowzoru to pierwsze, co przychodzi na myśl – ale w ostatecznym rozrachunku to produkcja o kompletnie innej tematyce i niestety, także zupełnie innej klasy. Bo choć „Brud” zapewnia ponad półtorej godziny bardzo solidnego kina, do genialnego obrazu Danny’ego Boyle’a startować nie może.

Chociaż… no dobrze, może w poprzednich akapitach nieco Was okłamałem: do połowy seansu to czarna komedia pełną gębą. Bruce Robertson, detektyw z Edynburga, walczy o awans, który – jak ma nadzieję – sprawi, że odzyska miłość swojej żony oraz córki. Aby to zrobić, w bezwzględny sposób wykorzystuje słabości kontrkandydatów, niszcząc na każdym kroku ich dobre imię. W dodatku ma problemy z alkoholem oraz narkotykami, pali jak smok, nadużywa swoich uprawnień oraz znęca się nad fajtłapowatym przyjacielem. I choć zdarzają się momenty, gdzie przejawia jeszcze swoje człowieczeństwo, nie ma się co łudzić – Bruce to nie bohater, któremu będziecie kibicować całym sercem. Trudno mu jednak nie współczuć, kiedy w połowie film nagle zmienia całkowicie swój ton, przeistaczając się w mroczny, przepełniony dziwacznymi halucynacjami dramat o mężczyźnie, który próbuje udowodnić sam sobie, że jeszcze nie jest do końca zepsuty.

I chociaż po „Brudzie” spodziewałem się przede wszystkim dobrej czarnej komedii, to właśnie drugie czterdzieści pięć minut seansu bardziej przypadło mi do gustu. Początkowe żarty zazwyczaj trzymają uniwersalny poziom humoru, który jest w pewnych momentach obsceniczny, ale nigdy nie obraźliwy – ale też nigdy nie wywołuje niekontrolowanego chichotu. Baird jednak rozkręca się wraz z postępami w fabule: niektóre sceny są zrobione tak doskonale, że zapadają w pamięć na bardzo długo. Klimat jest ciężki, trudno odróżnić rzeczywistość od zwidów głównego bohatera, rewelacyjna muzyka Clinta Mansella (z jakiegoś powodu przypominająca mi ścieżkę dźwiękową do „Dużych złych wilków”) dokłada wcale niemałą cegiełkę do niepokojącej atmosfery…. i nawet fakt, że fabularny twist w końcówce nie jest zbyt przekonujący, zaś ostatnie minuty – sztampowe do bólu, ogólne wrażenie pozostaje bardzo pozytywne.

Duża w tym zasługa człowieka, bez którego „Brud” prawdopodobnie w ogóle nie trafiłby do polskich kin. James McAvoy już nieraz udowodnił, że jest jednym z najlepszych aktorów młodego pokolenia – ostatnimi czas czarował w „X-Men: Przeszłość, która nadejdzie”, grając odmłodzoną wersję profesora X. U Bairda miał do zagrania bohatera znacznie bardziej skomplikowanego, ale to chyba tylko dodało mu skrzydeł. Zboczeniec, dupek, nałogowiec i wreszcie szaleniec – Bruce Robertson w jego wykonaniu to postać, która gdy tylko się pokazuje, od razu kradnie dla siebie całą scenę. A że z ekranu praktycznie nie schodzi, to aktorzy drugoplanowi – Jim Broadbent, Jamie Bell czy Eddie Marsan – muszą zadowolić się rolami tła dla genialnego McAvoya.

Gdyby poziomowi gry Szkota dorównywały inne elementy obrazu, mielibyśmy bez wątpienia arcydzieło. Tak niestety nie jest: oprócz niezachwycających elementów komediowych można się także przyczepić do ścieżki dźwiękowej, która w słownikach powinna widnieć pod hasłem „nierówny”. Utwory stworzone na potrzeby filmu przez Clinta Mansella to kawał naprawdę świetnej muzyki, ale już piosenki dobrane przez Bairda często wypadają dość blado, a ich użycie w niektórych momentach budzi wątpliwości. Rozczarowują szczególnie końcowe minuty, które przy innej kompozycji mogłyby prezentować się o wiele, wiele lepiej.

To z kolei sprawia, że dzieło Bairda nie do końca satysfakcjonuje. Chociaż McAvoy stara się jak może, by swoją grą przykryć niedoróbki, to jednak z uporem wyłażą one na wierzch. Niezbyt wysokich lotów humor, bardzo nierówna ścieżka dźwiękowa, średnie zakończenie oraz niewyróżniające się niczym wizualia to grzechy główne tej produkcji. Ostatecznie „Brud” stał się ofiarą własnej kampanii marketingowej: jeśli stawić go w jednym szeregu z „Trainspotting”, absolutnie nie wytrzymuje porównania. Ale podejdźcie do niego bez wygórowanych oczekiwań, a w zamian otrzymacie półtorej godziny naprawdę dobrego kina – momentami zabawnego, momentami mrocznego. A przede wszystkim bardzo, bardzo brudnego.

Posted in czarna komedia, dramat, Recki | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra