Słów kilka

Boyhood

Dorastanie na ekranie, czyli o tym jak zaoszczędzić na dodatkowych aktorach i jednocześnie stać się nowatorskim.

Boyhood

Zaledwie 39 dni zdjęć filmowych, lecz całość rozłożona na przestrzeni niemal 12 lat. Pierwszą scenę nakręcono w 2002, zaś ostatni klaps zapadł w zeszłym roku. Tyle czasu potrzebował Richard Linklater, aby wcielić w życie swój niecodzienny pomysł. Postanowił nakręcić film o dorastaniu przy współpracy z tymi samymi aktorami, począwszy od ich dzieciństwa, a kończąc w chwili gdy wkraczają w dorosłość. „Trudno jest uchwycić ten moment, kiedy przestajemy dorastać i zaczynamy się starzeć”, mówi w jednym z wywiadów. Na ekranie, w kilkadziesiąt minut, nie jest to w ogóle możliwe, nawet gdy mielibyśmy do czynienia z najwybitniejszym scenariuszem. W przeciągu kilku lat staje się odrobinę bardziej realne.

Gdy leżąc na trawniku Mason zastanawia się nad tym, skąd biorą się osy, ma zaledwie sześć lat. W przyszłości przyjdzie mu zmierzyć się ze znacznie większymi trudnościami: rozstanie rodziców, przeprowadzki, kolejni – dalecy od ideału – ojczymowie, w końcu pierwsze miłosne rozczarowanie i wyjazd do college’u. Będzie musiał też odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: „co chce w życiu robić?”. Jak wszyscy.

Tytuł sugeruje, że to wspomniany Mason jest głównym bohaterem filmu, ale nie tylko jego „zdanie” się tutaj liczy. Linklater przyznaje, że jego obraz równie dobrze mógłby nazywać się „Parentshood” i ma w tym absolutnie rację. W dosyć prosty sposób zmienia punkt widzenia w zależności od sceny. Dzięki czemu oglądamy historię nie tylko z perspektywy dorastającego, szukającego własnej tożsamości chłopaka, ale również oczami jego starszej siostry Samanthy oraz rodziców, dla których przedstawione 12 lat upływa zgoła inaczej niż w przypadku dzieci.

Mimo że „Boyhood” pochwalić się może innowacyjną formą, jego treść pozostaje bardzo tradycyjna. Reżyser zdaje się podążać w myśl powiedzenia, że najlepszy scenariusz pisze życie i choć stworzone przez niego dzieło to czysto fabularny film opowiadający losy fikcyjnej rodziny, w praktyce sprawia wrażenie wyjątkowo autentycznej opowieści o życiu. Linklater mówi o uniwersalnych prawdach, zwykłej codzienności, porusza problemy ważne i ważniejsze. Słowem, przedstawia losy przeciętnej amerykańskiej rodziny i robi to bez najmniejszego zadęcia.

Grający główne role Masona i Samanthy aktorzy to w zasadzie debiutanci. Wprawdzie Lorelei Linklater ma na koncie drobną rolę w innym filmie swojego ojca, ale już Ellar Coltrane to absolutny żółtodziób. Dla równowagi w kreacjach rodziców reżyser obsadza znane nazwiska. Wszyscy wypadają co najmniej dobrze, ale skłonny jestem zaryzykować stwierdzenie, że rola w „Boyhood” jest jedną z najlepszych w dorobku Ethana Hawke. Jako nieco zdziecinniały, ale podchodzący bardzo na poważnie do relacji z dziećmi ojciec sprawdza się świetnie. Scena w samochodzie o wzajemnym traktowaniu czy rozmowa w restauracji o seksie to prawdziwe pole do popisu dla tego aktora i nie zdziwię się, jeśli na początku przyszłego roku zobaczymy jego nazwisko na liście nominowanych do Oscara.

Na plus należy zaliczyć ciekawy i urozmaicony soundtrack. Jest to mieszanka kawałków znanych wykonawców, które zmieniają się odpowiednio wraz z upływającym czasem. The Black Keys, Yo La Tengo, Paul McCartney, czy Bob Dylan to tylko niektórzy z nich. Do seansu zaprosi nas „Yellow”, jeden z pierwszych poważnych hitów zespołu Coldplay, a na pożegnanie usłyszymy wydane w 2010 roku indie rockowe „Deep Blue” od Arcade Fire. Jest w czym wybierać.

To do czego można się przyczepić to wcześniej wspomniana tradycyjność i niekiedy stereotypowe rozwiązania fabularne. Akurat w tym przypadku może to być zarówno zaleta jak i wada. Ja osobiście jestem rozdarty. Z jednej strony w takiej historii cenię sobie realizm i prostotę, z drugiej chciałbym zobaczyć coś ponad utarte filmowe klisze oraz życiowe prawdy, które dobrze już znam.

Jeśli chodzi o podejście do tematu, „Boyhood” to bez wątpienia przełom w kinie. Po raz pierwszy ktoś zdecydował się kręcić film w czasie rzeczywistym przez kilka lat. Spoglądając zaś na dzieło Linklatera przez pryzmat samego scenariusza okazuje się, że kino w swojej historii spłodziło już przynajmniej kilka lepszych tzw. filmów traktujących o życiu, np. nominowana do Oscara w zeszłym roku „Nebraska”.

Koniec końców, jeśli podejdziecie do „Boyhood” bez przesadnie wygórowanych oczekiwań (motywowanych oczywiście wysokimi ocenami i licznymi pochlebnymi recenzjami), nie licząc na przewrotną fabułę i nie wiadomo jakie zwroty akcji, ale za to z nastawieniem na prostą historię z cyklu „z życia wzięte”, wtedy niemal trzy godziny w kinowym fotelu upłynie wam niepostrzeżenie. Łatwo jest bowiem zżyć się z ciekawie rozpisanymi postaciami i z zapartym tchem śledzić ich losy. I pomyśleć jak bardzo to zdanie dotyczyło samych aktorów, którzy po ostatniej scenie wreszcie musieli się pożegnać… Na szczęście w naszym przypadku rozłąka nie będzie aż tak bolesna.

Posted in dramat, Recki | Tagged , , , | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra