Słów kilka

Albumy muzyczne wymagające ekranizacji #2

Druga część muzycznych felietonów Kukishora zabiera nas do Wielkiej Brytanii, krainy ryb, frytek oraz prog-metalowych albumów o syrenkach.

Albumy muzyczne wymagające ekranizacji #2

Trzeba być straszliwie ostrożnym, kiedy jest się artystą, zwłaszcza jeśli akurat jest się w trakcie tworzenia swojego pierwszego dzieła. Oczywiste jest to, że trzeba dołożyć wszelkich starań, by było ono jak najlepsze – ostatecznie, trzeba wyjść do ludzi z czymś konkretnym, a spragnione sztuki oczy nakarmić, zanim zaczną ronić skapujące do kubeczka ze Starbucksa łzy. Odsuwając na bok publikę spod znaku hipsteriady, wróćmy do głównego założenia – tworzenie pierwszego dzieła jest tak trudne, ponieważ w całej swojej okazałości musi stawiać poprzeczkę na takim poziomie, by dało się nią jeszcze przeskoczyć, lub chociaż strącić ją, przelatując w tym samym miejscu. Dziś porozmawiamy sobie o brytyjskim zespole Haken, który nie zdawał sobie sprawy z tych wiekopomnych mądrości, które właśnie wypisuję.

Debiutancki album Haken zatytułowany „Aquarius” to materiał ocierający się o czysty geniusz i to na tyle intensywnie, by wspomniany geniusz poczuł, że jego strefa prywatna została poważnie naruszona i może odrobinkę zgwałcona. I chociaż każda kolejna wydana przez tę grupę płyta to absolutnie fenomenalny spektakl emocji, kunsztu i artystycznej swobody, to jednak żadne fajerwerki drugiego czy trzeciego krążka („Visions” i „The Mountain”) nie wybuchają tak wysoko jak mieniące się zimnymi barwami iskry „Aquarius”. Album ten, utrzymany w stylistyce bardzo technicznego grania, ma w sobie unikalną dla tego gatunku dawkę emocji, które wyróżniają go na tle podobnych mu dzieł. Zastanawiam się, czy użyć tu po prostu określenia, za które prawdopodobnie zbiorę po mordzie od Progresywnej Policji (ich radiowozy jeżdżą w w rytmie 7/8). Okej, użyję. Gdyby Dream Theater był dobrym zespołem, to brzmiałby jak „Aquarius”. A teraz przepraszam, muszę zmienić nazwisko i zapuścić wąsy, by nikt mnie nie zabił, dopóki nie skończę pisać.

Debiutancki album Haken to dosyć prosta historia, jednak jej magia tkwi w sposobie w jakim jest ona opowiedziana. Opowieść zaczyna się w niewielkiej chacie, w której para oczekuje dziecka, cierpliwie czekając na jego pierwszy płacz. Gdy jednak dociera on do ich uszu, sprawy zaczynają się odrobinkę komplikować – myślę, że ja również zacząłbym trochę panikować, gdyby moja córka okazała się być syreną. Zrozpaczeni rodzice decydują, że nie są w stanie zająć się tym dzieckiem i porzucają je w pobliskim strumieniu. Początkowo, dziewczynka… eee… stworzonko… eee… MAŁA SYRENKA… eee… dziecko? Dziecko. Początkowo dziecko jest szczęśliwe i czuje się, no… jak ryba w wodzie, jednak z czasem dochodzi do wniosku, że musi podjąć decyzję co robić dalej i jaką wybrać drogę – wrócić do rodziców, którzy ją porzucili, czy poszukać szcześcia gdzie indziej. Na takie rozważania jest jednak za późno, gdyż zostaje schwytana przez właściciela wędrownej trupy cyrkowej i umieszczona w wielkim akwarium, jako główna atrakcja jego cyrku. Ludzie przychodzą, by podziwiać dziecko „…pobłogosławione klątwą Wodnika”. Na niebie zbierają się jednak burzowe chmury, gdyż Wodnik nie zamierza zostawić swego dziecka na pastwę losu. Tutaj niestety muszę przerwać, by nie odbierać nikomu przyjemności zapoznania się z materiałem i poznania dalszych losów MAŁEJ SYRENKI na własną rękę.

Na pierwszy rzut oka widać już, że proponowana przez zespół Haken historia ma zabarwienie wręcz familijne, a w najlepszym wypadku fantasy bez ograniczeń wiekowych. Nie bez powodu mówimy tu jednak o albumach muzycznych, gdyż to właśnie oprawa audio sprawia, że bajkowy klimat opowieści rozpuszcza się w mrocznych, podniosłych tonach. Instrumenty pętają historię hipnotyzującymi melodiami na zmianę z ciężkimi, depresyjnymi uderzeniami zdrowego patosu. Każda emocja jest tu wyraźnie zauważalna – słuchacz czuje rozczarowanie rodziców, desperackie wołanie o pomoc uwięzionej syreny, jak również jej radość, gdy pierwszy raz jej ciało zostaje zanurzone w wodzie. Bierny nie pozostaje też tekst – narracja jest stonowana, jednak ma w sobie dużo poetycznego wydźwięku, rozwiniętego do tego stopnia, by zainteresować i stanowić smaczek, a nie zamienić się w wymioty po absyncie.

Kinematografia niejednokrotnie udowadniała nam, że proste historie sprawdzają się świetnie, kiedy tylko mają okazję być dobrze opowiedziane, że nie wspomnę już o tym, że zdecydowana większość Tych Głębokich Filmów, O Których Nigdy Nikt Nie Słyszał, Ale Te Pięć Osób Co Słyszało Mówiło, Że Są Świetne pochwalić się może opisami wskazującymi na silną schizofrenię. Myślę, że podobnie mogłoby być w przypadku „Acquarius” – historia o porwanej syrenie, przemianowana na poważną opowieść o życiu, wyborach i znaczeniu rodziny? Dlaczego nie? Istnieją symbole, których wymowa potrafi być równie subiektywna, co obiektywna – rola syreny może być odebrana jako znak jakiejkolwiek odmienności – społecznej, rasowej, narodowej, kulturowej, seksualnej, czy nawet tej specyficznej odmienności reprezentowanej przez ludzi, którzy twierdzą, że „Plotkara” to dobry serial (podobno są i tacy, osobiście nie znam i robię wszystko, by nie poznać). Film zawsze dodaje kolejny wymiar do wymowy danego dzieła, ponieważ jest w stanie zawrzeć w sobie drobne szczegóły, które pozostają dla widza niewidoczne podczas pierwszego oglądania, a które mogą być kluczowe dla podkreślenia wymowy danej sceny, czy nawet ogólnej wiadomości, jaką niesie ze sobą film. Historia „Aquariusa” to nie tylko opowieść o tym jak odmienność jest traktowana przez innych, ale również przez samego, no cóż, zainteresowanego. Obcy dla wszystkich motyw syreny niesie ze sobą uniwersalnie bliski nam motyw konfrontacji z odmiennością i zamyka go w mniej oczywistym wydaniu. A mniej oczywiste wydana są zawsze ciekawsze i bardziej wymowne.

Widać zatem, że najważniejszym elementem filmowego „Aquariusa” jest fabuła – nie rozważamy tu zatem widowiska science-fiction, tylko mało kasowy film, który zostawia nas z własnymi przemyśleniami. Oczywiście dobrze by było, gdyby główna bohaterka nie wyglądała jak dinozaury w pierwszych filmach, czy nawet zezowate wilki ze „Zmierzchu”, których komputerowe wykreowanie nie mogło przekroczyć sumy 7 zł i dwóch krzyżowek. Ważnym elementem, bez którego filmowy obrazek nie mógłby stawić czoła swemu starszemu bratu byłaby również oprawa audio-wizualna. Koniec końców, „Aquarius” ma wyraźny, mroczny i zimny wydźwięk, którego najlepszą wizytówką jest chyba po prostu okładka płyty.

Nie jestem do końca pewien, jakiemu reżyserowi oddałbym tę płytę z czystym sercem. Przez chwilę pomyślałem o Timie Burtonie, z uwagi na jego zamiłowanie do mrocznych, odrobinę groteskowych klimatów (które na płycie również można znaleźć), jednak moja wizja zdecydowanie podaża w stronę obrazu pozbawionego tej „familijnej groteski”, w której Burton się specjalizuje. „Aquarius” jest na tyle dobry, że koniec końców nie mam pojęcia kto mógłby się nim zaopiekować. Jeśli ktoś z Was przesłucha płyty i będzie miał jakiś pomysł, to niech koniecznie mi powie, żebym mógł się nie zgodzić.

Posted in Felietony | Leave a comment

Komentarze

Zostaw nam komentarz!

Cinemacabra